Proszę o szacunek dla uczonych medyków.

Przeczytałem, że jeden z wydziałów lekarskich jednego z uniwersytetów (piszę enigmatycznie, by nie robić złej reklamy) zajął ostatnie miejsce w klasyfikacji szkół wyższych. Gdyby to ode mnie zależało, to studia lekarskie zorganizowałbym zupełnie inaczej. Ale wiem, że nikt nie czeka na moje rady – przekonałem się o tym już wielokrotnie. Trudno, zostanie jak jest. Jednak proszę: okazujmy szacunek i podziw dobrym kierownikom klinik. Bo korzystamy z ich wiedzy i talentów liczniejszych niż nam się wydaje. Akurat ocena dorobku naukowego medyków powinna być zupełnie inna niż teoretyków.

Wiem, co piszę: w swym życiu zawodowym byłem najpierw samodzielnym pracownikiem nauki na medycynie (docentem: co w zakresie kompetencji i uprawnień nie różniło się od profesury – ot, prestiż), a później profesorem Uniwersytetu Warszawskiego (z czego jestem bardzo dumny). Mam więc porównanie. 

Nie znam szczegółów klasyfikacji szkół wyższych, ale mam swoje wspomniane wyżej doświadczenia. Obserwuję też, na czym zależy dziś uczonym. Wiem, jak ważne są dla nich promocje naukowe i inne jeszcze osiągnięcia, a podstawą oceny jest dorobek naukowy – czyli ilość i (rzadziej niestety) jakość publikacji. Punktuje się ilość cytowań ich prac i rangę cytujących pism (czy to naprawdę świadczy o jakości?). I twierdzę, że kryteria, które decydują o ocenie wydziałów uniwersyteckich – i w ogóle ocenie samych tych uczelni – nie są porównywalne z kryteriami obiektywnej oceny uczelni medycznych. Uczelnie medyczne powinny być oceniane inaczej niż artystyczne czy techniczne. Powinno się w ich ocenie stosować inne kryteria.

Bo profesor na medycynie ma mieć cztery „talenty” – aż cztery. Nie ma się to nijak do sytuacji akademickiej na uniwersytetach. Ma bowiem być: (1) dobrym, kompetentnym lekarzem określonej specjalności; (2) dobrym dydaktykiem prowadzącym dobre wykłady i seminaria; (3) dobrym badaczem prowadzącym badania naukowe, opracowującym zebrany materiał i publikującym swe osiągnięcia; (4) sprawnym i skutecznym kierownikiem grupy pracowników różnego szczebla i kwalifikacji – administrującym kliniką, czyli skomplikowanym zakładem pracy o budżecie i organizacji takich jak inne poważne i skomplikowane zakłady pracy.

Dużo tego. Konia z rzędem temu, kto ma te cztery talenty i w każdej z wyżej wymienionych dziedzin ma osiągnięcia. Zwłaszcza, że na uczelnianej medycynie pracuje się jak w zakładzie pracy – za moich czasów było to codziennie od 7.30 do minimum 13, na dokładkę z całodobowymi dyżurami. Powiedzmy sobie uczciwie: kiedy medycy mają mieć czas na pracę naukową? Na badania, opracowania?

A profesor uniwersytetu? Jako pierwszy swój obowiązek ma rozwój. Liczymy na jego osiągnięcia naukowe. Jest to poważne zadanie, ale na działalności naukowej może się skupić. Ma do pomocy choćby magistrantów, którzy mogą wykonać dla niego prostsze zadania, fragmentaryczne badania i analizy literatury fachowej.

Dlatego byłbym za tym, żeby kierownika kliniki zwolnić z obowiązków dydaktycznych. Warto by było powoływać docentów – którzy byliby przede wszystkim dydaktykami, osobami przygotowanymi teoretycznie i praktycznie do dydaktyki medycyny. Mogliby być zastępcami kierownika katedry – tkwiącymi oczywiście w klinicznej pracy katedry, dobrymi i doświadczonymi specjalistami w swej dziedzinie. Ale jednak dydaktykami, bo dydaktyka to wiedza i sztuka sama w sobie. Nigdy nie powinno się zlecać zajęć dydaktycznych jako działalności ubocznej amatorom, dyletantom. Powtarzam: porządna dydaktyka sama w sobie jest wystarczająco trudnym i ważnym zajęciem. Przez kilkadziesiąt lat pracowałem na Wydziale Pedagogicznym UW, więc coś o tym wiem.

Przed blisko 70 laty osobiście przekonałem się o tej odrębności oceny prac naukowych na medycynie i w innych dziedzinach. O specyfice medycyny. Otóż moja praca doktorska była z punktu widzenia medycyny czysto teoretyczna, bo oparta na analizie materiału zebranego metodą ankiet. W środowisku medycznym wywołała zainteresowanie – i była uznana za wystarczającą do uzyskania doktoratu. Diabli mnie podkusili, że poszedłem z nią na uniwersytecki Wydział Psychologii do profesor Spionkówny, zresztą lekarki z wykształcenia. Była to wtedy znacząca postać – ceniony naukowiec. Prosiłem ją o recenzję i udział w moim przewodzie doktorskim.

Pani profesor po paru dniach zaprosiła mnie i w życzliwych przyjaznych słowach powiedziała: recenzentem tego doktoratu nie będzie. By mnie jakoś „utulić”, powiedziała tak: ja jestem lekarzem, dobrym klinicystą, mam II stopień specjalizacji. Ale praca moja ma poziom przeciętnej pracy seminaryjnej. No, może dyplomowej – magisterskiej. I dobrze. Bo tak powinno być: od lekarza w zakresie działań pozaklinicznych wymagać trzeba znacznie mniej niż od doktorantów uniwersytetu. Bowiem w ich przypadku jest to jedyny zakres ich pracy. Nie leczą ludzi, nie mają dyżurów.

Jej jako profesor uniwersytetu pracy takiej nie wypadało więc recenzować. Ale na Wydziale Lekarskim warszawskiej Akademii Medycznej doktorat mój przeszedł bez cienia trudności. Na Radzie Wydziału zresztą była żywa dyskusja i kilku profesorów mi szczerze gratulowało osiągnięcia. Ot – taka jest to różnica.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s