Moi Nauczyciele: dlaczego już nie ma lekarzy takiego formatu?

Jako medyk miałem wielu nauczycieli – w pamięci utrwaliło mi się trzech najwybitniejszych. I trapi mnie od lat problem (no, jeden z wielu…) – co takiego się stało, że następne pokolenia już im do kostek nie dorastają? Dziś już w medycynie nie ma takich Nauczycieli, jakich ja miałem. Dlaczego nastąpiła taka degradacja środowiska?

Nie chciałbym być przesadnie złośliwym, więc po prostu opowiem o tych wybitnych pediatrach, którzy mnie uczyli.

Nie będę pisał o ich fachowości – bo ta charakteryzowała wszystkich trzech. Ważne jednak jest, że wychowali nie tylko setki lekarzy pediatrów, ale i akademickich nauczycieli pediatrii. Uczennica jednego z nich zawsze mówiła nam, że lekarz poza zawodem powinien mieć hobby, zainteresowania a może i dorobek.

Najbarwniejszą postacią był Mieczysław Michałowicz, szef podstawowej kliniki pediatrycznej Warszawy – tzw. „Litewskiej” (nazwa wzięła się stąd, że przy Litewskiej był wtedy najbardziej popularny szpital dziecięcy; może wciąż taki jest?). Jego wykłady pediatrii mały więcej wtrętów filozoficznych i dygresji niż treści fachowej. Zasłynął z napisu, jaki zamieścił nad sceną sali wykładowej. Cytuję napis z ciekawością, ilu czytelników odczyta go (a jest po polsku): „Peijote Kaubea Deo Jotakaubea” – i tak dalej. Nikt z nas nigdy nie odgadł, o co mu tu chodziło. Na starość szukał związków fizyki z medycyną, ale sukcesów nie osiągnął.

Najważniejszą chyba jego działalnością było przed wojną współzałożenie partii politycznej. Partia ta – pod nazwą Stronnictwa Demokratycznego – odżyła i po wojnie, jako taka bardziej satelitarna. Michałowicz był na tyle naiwny, że zgłosił swoją kontrkandydaturę do prezydentury Bieruta. Wtedy odwiedziło go dwóch ponurych panów i kandydaturę wycofał – i chyba w ogóle wycofał się z polityki.

Był tak szerokich zainteresowań i tak niezwykłego dorobku, że aż dziwne: jedna postać, a jakby wiele. 

Drugim był prof. Franciszek Groer, bardziej znany w świecie niż w Polsce (z prof. Groerem miałem drobny konflikt – ale to opiszę szerzej przy innej okazji). Był poliglotą, podróżnikiem, znanym fotografikiem. Był też muzykiem, chyba samoukiem (ale tego nie wiem), niezwykle popularnym i cenionym przed wojną we Lwowie, gdzie był też dyrektorem administracyjnym Opery Lwowskiej. Był erudytą i na każdy temat można było z nim dyskutować – a nie był to człowiek powierzchownej wiedzy. Napisał kantatę na śmierć Piłsudskiego, która to kantata była we Lwowie wykonywana.

Od pogromu profesorów we Lwowie uratował go Niemiec, uznając za „Franza von Groera”. Po wojnie profesor osiadł w Krakowie, ale był dyrektorem warszawskiego Instytutu Matki i Dziecka. Do Instytutu zaciągnął swych uczniów i kilku pediatrów pochodzenia żydowskiego (bo był też chyba żydofilem).

Trzecim z tych Wielkich był Władysław Szenajch, mój najbliższy Nauczyciel i – śmiem powiedzieć, z zachowaniem wszelkich proporcji – przyjaciel. Był z nich najskromniejszy, choć stworzył polską pediatrię społeczną. Poza pediatrią był filozofem, teologiem ewangelickim i wykładowcą na teologii.

Był mędrcem – ale więcej pytał niż głosił. Wolał rozmawiać o starożytności i filozofii, niż o medycynie. Był popularyzatorem, wspaniałym wykładowcą i autorem. Niestety, jego „Myśli lekarza” – ostatniej książki, którą napisał już jako starzec – prawie nikt nie czytał. Jego uczniami byli Zofia Lejmbach (o której podejściu do antybiotyków pisałem) i Jan Bogdanowicz, wielki moralny autorytet i plastyk, malarz-amator.

To tyle krótkich biogramów. Oczywiście o każdym można by napisać książkę. Takiej biografii-monografii doczekał się tylko Szenajch. Jest tam i mój esej – którym oddaję, com od Niego intelektualnie dostał, i inne teksty, które sobie szczególnie cenię.

Teraz potrzebna refleksja: jak to było, że jednocześnie żyło aż trzech takich guru? I co się stało, że takich Nauczycieli już nie ma? Mamy dziś oczywiście dobrych klinicystów (wyłącznie kobiety), ale nie mamy ludzi takiego formatu, jak wyżej opisani. Czy ten brak wynika z warunków pracy? Czy może trzy role naraz (lekarki, kobiety-matki i jeszcze hobbysty, filozofa czy artysty) to już za wiele?

Żal mi moich młodych kolegów-medyków, że nie dane im było mieć kontakt z takimi ludźmi. Bo fachowych nauczycieli to oni mają – ale nie ludzi takiego formatu, jak wyżej opisani.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s