Niemców nienawidziłem. Oriana Fallaci przekonała mnie, że są już pokojowi. My, Polacy, też.

Niemcy – to dla Polaków problem zasadniczy. Nikt mnie nie będzie pouczał, jakich zbrodni w czasie ostatniej wojny się Niemcy dopuścili (hitlerowcy, ale nie tylko). Sam mógłbym opowiedzieć wiele, bo wiele widziałem, a jeszcze więcej wiarygodnych relacji słyszałem.

Jednak było to już przeszło 70 lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Dlatego niepokoją mnie polityczne tendencje wykorzystywania historii do bieżącej, aktualnej sytuacji. I krzewienie nienawiści, i wyciąganie opisów (prawdziwych!), i tworzenie fobii dla bieżącej korzyści.

Niemców znam. Poznałem w okresie, kiedy to nienawiść (uzasadniona) była powszechna. Pamiętam doskonale jak po pierwszym pobycie na Uniwersytecie w Kolonii moja matka spytała: czy muszę współpracować z tymi, którzy wymordowali tylu członków naszej rodziny? Odpowiedziałem nieco żartobliwie (może niestosownie), że nikt inny z Zachodu mnie nie zaprasza, więc wyboru nie mam. 

Nie będę opisywać szczegółowo, co w Niemczech widziałem, czego doznałem. To mogłoby być dzieło nieliche, obszerne. Fragmenty zawiera „Książka moich wspomnień”, którą wydałem w 2009 roku. Powiem tylko skrótowo: przez siedemnaście lat pracy w Kolonii nie spotkała mnie  a n i  j e d n a  przykrość, afront czy objaw niechęci. Spotykały mnie natomiast codziennie objawy życzliwości, wyrozumiałości – chęć pomocy. Zaprzyjaźniłem się z wieloma – niektóre przyjaźnie przetrwały dziesiątki lat. Tak. 

Czasem odnosiłem wrażenie, że pokolenie, z którym się stykałem, wykazywało jakby podświadome, zawoalowane uczucie ekspiacji. I widziałem – twierdzę to z całą mocą i poczuciem odpowiedzialności – że Niemcy, z którymi się stykałem, odnosili się w sposób szczególnie przyjazny do Polaków. Może i do Żydów z Izraela odnosili się podobnie, ale wyraźna różnica między tym, jak traktowali nas, a jak ich i innych obcokrajowców, była odczuwalna. 

Nie wiem, jakie to może mieć znaczenie – ale wiem, kim jako polski wykładowca pracujący w Niemczech jestem, by moja opinia miała znaczenie. Dzięki mojej współpracy z Niemcami – różnymi instytucjami, ale przede wszystkim z Uniwersytetem w Kolonii – w czasach PRL sześciuset Polaków odbyło krótsze i dłuższe pobyty w RFN. Tak,  S Z E Ś C I U S E T : głównie młodych, ale i profesorów. Około 150 studentów niemieckich i profesorów uniwersyteckich z Niemiec Zachodnich odwiedziło na krócej czy dłużej Polskę. I nie unikali drastycznych tematów. Jednym z podstawowych był Janusz Korczak, ale na szerokim tle historii Żydów w Polsce: Warszawskiego Getta, Holocaustu… Odwiedzający Polskę Niemcy nie unikali Auschwitz. Zapytajmy: kto z polskich studentów jedzie dziś do Oświęcimia, żeby zwiedzić tamtejsze Muzeum? Dla wewnętrznej uczciwości, z ludzkiej przyzwoitości twierdzę z całą odpowiedzialnością: w Niemczech wyrosło pokolenie, które potrafiło rozliczyć się z historią, ponieść ciężar niewyobrażalnych zbrodni ich rodziców. Pokolenie, które do nas, Polaków, ma szczególny stosunek. Po namyśle scharakteryzowałbym go jako wyjątkową życzliwość i przyjaźń. 

Ponieważ darzę swych czytelników historią widzianą osobiście i wspominaną przez starca, któremu już naprawdę na niczym osobiście nie zależy – opowiem jeszcze jedną historię, która zapadła mi w pamięć swą chyba trafnością wniosków. Otóż jak pisałem nieraz, po powrocie do Warszawy pracowałem w Instytucie Matki i Dziecka. Dyrektorem był wielki światowiec, znany w świecie profesor Franciszek Groer. Któregoś dnia sekretarka wezwała do szefa kilku młodych lekarzy.

W gabinecie spotkaliśmy dziennikarkę z Zachodu, wtedy największy autorytet publicystyczny: Orianę Fallaci. Profesor przedstawił nas – i pozostawił do swobodnej rozmowy. I rozmowa potoczyła się, a dotyczyła (był to raczej wywiad) bardzo ważnych, ale i emocjonalnych dla nas spraw. Przypominam: był to 1955 rok. A w grupie naszej były dwie osoby pochodzenia żydowskiego. To ważne.

I po tym jak z nas wylał się strumień autentycznej nienawiści do Niemców – publicystka zapytała nas, jak sobie wyobrażamy sąsiedztwo, współżycie narodów, społeczeństw. Odrzekliśmy, że nie zastanawiamy się nad tym, marzymy o zemście, wyrównaniu rachunków (o ile to w ogóle możliwe). I że nasza nienawiść jest dozgonna. Innej rady nie ma. I wtedy powiedziała ona coś, co nie od razu, ale po latach, kiedy wydobyłem to z pamięci, zrobiło na mnie wrażenie. Otóż powiedziała, że historia wykazuje pewną prawidłowość. Narody wojownicze – bandyckie, mordercze (i jak tam jeszcze je określimy), czyli te, które popełniają zbrodnie masowe i są przedmiotem powszechnej nienawiści (słusznej, zasłużonej) – kiedy już dojdzie do krańca wyniszczenia biologicznego na skutek ich irracjonalnych, obłąkańczych działań, stają się narodem trwale pokojowym. I wymieniła: tatarskie zajazdy, rzymskie imperium, Turków, Szwedów (!), Francuzów Bonapartego. I zapytała: czy wykluczamy, że po zbrodniach – ale i autozniszczeniu – Niemcy mogą stać się w przyszłości jednym z najbardziej pokojowych narodów Europy?

Fallaci nie przekonała nas. Wyszliśmy ze spotkania tacy, jak przyszliśmy. Naprawdę Niemców serdecznie nienawidziliśmy. Dziś wspominam czasem owe poglądy żurnalistki. I jestem skłonny – po przeszło 60 latach! – pomyśleć, że ona mogła mieć rację. Wiem, że narażam się wspominając dziś o tym w odniesieniu do Niemców (a nie jak poprzednio przy okazji agresywnych działań Rosji na Krymie). Że wywołam wrogość, a może i nienawiść. Ale kiedy myślę o tym, co już dobrze dorosły widziałem, w czym świadomie uczestniczyłem, to śmiem myśleć że i my, Naród Polski, po kolejnych krwawych ofiarach, z których niewątpliwie największa była ostatnia wojna i tak czczone dziś Powstanie, też ulegliśmy analogicznej przemianie.

Iluż to w stanie wojennym mnie pytało: skąd wziąć broń, choćby visy? Ale zakończyło się Okrągłym Stołem – niespotykanym pokojowym oddaniem władzy przez jeszcze po zęby uzbrojonych władców. Tak, wiem: byli tacy, co przebierali nogami i chcieli kolejnego powstania (na 1944 się spóźnili). Ale było ich jednak za mało. I po raz pierwszy załatwiliśmy sprawy pokojowo. Nade wszystko: bez rozlewu krwi. Tym, których dziś ponosi i którzy chcieliby kolejnej awantury, przypomnę dostępne w internecie zdjęcie z Magdalenki: obraz Lecha Kaczyńskiego, który przy wódce pertraktował z Kiszczakiem. I dlatego już na koniec tych – jakże uproszczonych i streszczonych – wywodów, zapewniam: jeżeli w debacie publicznej stanie sprawa pomnika Lecha Kaczyńskiego, to ja dla uczczenia jego udziału w tym wspaniałym dziele pokojowego przekazania władzy (nawet jeżeli sprzedaży) – do tego pomnika się dołożę. 

Uff. Był to być może najtrudniejszy tekst, jaki popełniłem w swym długim życiu. Tak – wiem, problemy tu poruszane mogłyby stać się serią dzieł. Tylko że ja już nie mam czasu… 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s