Pomyślmy o samotnych matkach. Czemu nasze społeczeństwo stara się ich (skutecznie) nie dostrzegać?

Nie wiem – bo nie znam statystyk – ile jest kobiet samotnie wychowujących dzieci i czy ich liczba rośnie. Ale nawet jeżeli przestałaby wzrastać liczba rozwodów (a chyba tak nie jest), to i tak samotnych matek pozostaje multum.

Samotne matki są najtragiczniejsze: najbardziej cierpią i są najnieszczęśliwsze. Póki dziecko jest małe, to kochają się wzajemnie i dziecko nie wyobraża sobie życia bez matki. Każdą chwilę chce z nią spędzać, z kluczem na sznurku na szyi czeka z utęsknieniem powrotu matki z pracy.

Aż tu pewnego dnia zmiana: dzieciak dorasta i już nie czeka na matkę. Więcej – nie chce z nią spędzać czasu. Na pytania odburkuje sylabami. Ma już swoje życie, do którego ani matki nie potrzebuje, ani matki nie dopuszcza. Przy tym jego oczekiwania nie maleją, a rosną. Żąda markowych ciuchów i nowego modelu tableta. Matka, której jedyną troską było dziecko, która padała na twarz z wysiłku, traci bezinteresowną wzajemność. Pozostaje zmordowana, sama i odrzucona. Z pustką dookoła. Z odrzuconą miłością.

Pamiętam jak tylko jeden raz pewien dwunastolatek prosił mnie – ku mojemu szokowi i zdziwieniu – bym dał znać jego matce: niech ułoży sobie życie. Żebym jej jakoś przekazał, że on nie ma nic przeciw temu, by miała partnera – póki młoda – bo przecież on kiedyś odejdzie…

Tak – to straszny los. Możemy filozofować, że tak urządzony jest świat: co się dostaje od rodziców, to się oddaje własnym dzieciom. Może to i filozoficznie oczywista prawda – ale cóż z tego? Choć po drańsku skracam problem i bezczelnie upraszczam, to naprawdę żal tych kobiet, tak pokrzywdzonych przez los. Czemu nasze społeczeństwo stara się ich (skutecznie) nie dostrzegać?

Wszystko, co tu piszę, to ogromny skrót, drastyczne streszczenie problemu. Już gdy byłem młodym pediatrą, a później lekarzem szkolnym i wychowawcą praktyk, mogłem napisać na ten temat nie najcieńszą książkę. Mimo to i dziś problemu staramy się nie dostrzegać.

Przy okazji powtórzę inną swoją myśl: nie o samotnym macierzyństwie, a o samotnym dzieciństwie. Otóż coraz więcej kobiet pracuje zawodowo. Jakoś podświadomie myślimy, że wyższe wykształcenie i praca zawodowa to coś lepszego niż praca w domu i wychowywanie dzieci. Nie jestem aż tak mądry, żeby rozwiązywać problemy psychologiczne czy socjalno-ekonomiczne. I wiem, że się narażę. Ale jak głosiłem, tak głoszę – pod prąd: najpoważniejszym problemem naszej cywilizacji jest ten, iż kobieta wychodząc do pracy zawodowej nie ustaliła kto będzie wychowywał niemowlę i potem małe dziecko. Jako były pediatra jestem przekonany, że nie ma piękniejszej roli niż matka wychowująca dziecko, a zwłaszcza małe dziecko. Żłobków bym więc nie rozbudowywał, a w ogóle je zlikwidował.

Wracając jednak do samotnych matek, mam jeszcze pytanie o rolę ojca: gdzie on, do cholery, jest? Co z wychowaniem jego dziecka? Tak musi być?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s