Rok 1939: od dumy i wiary w sojusze do epidemii samobójstw. Co pamiętam z chwili wybuchu wojny?

Zjawiła się u mnie młoda osoba (tak na oko dwanaście lat), miała notes i długopis. Powiedziała, że ma zadanie – poszukać staruszka, który pamięta wybuch wojny (!) i zrobić z nim wywiad. Trafiła dobrze – bom i staruszek, i wybuch wojny (a ściśle: ostatnie dni przed wojną, no i jej początek) dobrze zapamiętałem.

A więc: miałem wtedy dziesięć lat. Ostatni rok przed wojną to było narastanie napięcia i przygotowania. Stało się jasnym, że po Czechosłowacji (w której rozbiorze mieliśmy, niestety, swój udział) przyszła kolej na nas. Zastanawiam się, że – może i dobrze dla nastrojów – pakt Ribbentropa i Mołotowa jakoś uszedł powszechnej uwadze.

Krążyły opowieści jak to w Niemczech jest marnie. Że jedzą jakąś „margarynę” (nikt nie wiedział co to) zamiast masła; że mają ogólnokrajowe dni „Ein Topf”, czyli że wolno gotować tylko jedno dnie. Ale i były opowieści jak wyglądała armia zajmująca Czechy…

Mimo wszystko panował jakiś dziwny entuzjazm. I to powszechny. Było powtarzane hasło „Silni – Zwarci – Gotowi”. I chyba nawet podziały partyjno-ideologiczne przycichły.

Powstał FON – Fundusz Obrony Narodowej. Zbierano pieniądze na Armię.

Bardzo uaktywniła się LOPP – Liga Obrony Przeciwpowietrznej.

Bano się wojny z użyciem gazów trujących. Każdy chciał mieć maskę przeciwgazową. Kto nie mógł zdobyć – zaopatrywał się w taki tampon, podobny jak teraz noszą w czasie smogu.

Były rozliczne szkolenia. Przygotowywano jeden pokój na schron przeciwgazowy. Uszczelniano go – gromadzono w nim zapasy żarcia i wody.

Z tymi zapasami był szał. Wykupywano wszystko, co dało się zjeść, a nie ulegało psuciu. Robiono worki sucharów, suszonego pieczywa. Co bogatsi i zaradniejsi mieli tych zapasów wiele jeszcze długo w czasie okupacji.

Już bliżej wybuchu wojny kopano schrony. Na ogół były to dość głębokie doły z ławeczkami w środku. Czasem, ale to rzadko, z jakimś zadaszeniem. Tam mieliśmy się chować w czasie bombardowania (pamiętam tylko jeden taki incydent, kiedy to z rodziną przesiedzieliśmy kilka godzin w owym rowie).

Ogólnie, społeczeństwo było pewne zwycięstwa. Bardzo liczono na Francję – był powszechny kult Francji. I pewność, że nas Francuzi nie zawiodą, że są silni – że gdzie tam Niemcom do takiej potęgi. Zresztą tak jak o Anglii prawie się nie mówiło, a języka angielskiego nikt nie znał (poza tłumaczami), tak francuski był powszechnie znany wśród inteligencji – i był nauczany w szkole. Angielski – nie był. Mój ojciec po francusku mówił jak po polsku, bo skończył studia w Genewie. Był frankofilem, słuchał radia Tuluza. Nie wiem dlaczego akurat tej rozgłośni.

Wielkie wrażenie zrobiła mowa sejmowa Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka. Było pięknie i dumnie… To wtedy, kiedy już Hitler stawiał swoje warunki: oddać Niemcom Gdańsk (był dotąd międzynarodowym „Wolnym Miastem”) i wybudować niezależną od Polaków trasę do Prus Wschodnich, połączenie z tzw. „Reichem”.

Wtedy była już mobilizacja. Mężczyźni chętnie szli do wojska – to nie było odbierane jako smutny obowiązek. Ja byłem harcerzykiem – u nas „zuchów” nie było. Drużyna nasza miała zastąpić straż pożarną, a w remizie była zainstalowana syrena alarmowa. Mieliśmy ogłaszać alarmy na wypadek zbliżania się nalotu wroga. Przez radio odbieraliśmy zaszyfrowane komunikaty: „Uwaga, uwaga, Medo 3 – powtarzam, Medo3. Zbliża się. Ogłaszam alarm”. My mieliśmy szyfr i jak wymieniali naszą nazwę, to trąbiliśmy. Trwało to krótko – alarmy były bez ustanku, a fale samolotów niemieckich szły jedna za drugą. Na Warszawę, ale nie tylko.

I okazało się, że ponosimy klęski. Że opór zbrojny jest wątły… Pojawili się uciekinierzy z zachodu, ofiary bombardowań. Pojawiły się plotki – i one już trwały do końca okupacji. Niestworzone opowieści. Że Francuzi zrzucili desant na Służewcu (to akurat pamiętam – tak jakoś zapamiętałem…). Że niemiecka obronna linia Zygfryda – przełamana na granicy Francji w sześciu miejscach. Te plotki – zawsze optymistyczne – zapanowały. I choć obiektywnie były to bzdury, to ułatwiały przetrwanie.

W radiu pułkownik Umiastowski (dobrze pamiętam nazwisko?) ogłosił powszechną ewakuację wszystkich mężczyzn na wschód.

I zaczął się exodus. 

Szczególnie dobrze pamiętam z początku wojny dwa wydarzenia.

Entuzjazm: gdy do wojny przystąpili Francuzi i Anglicy. To był psychiczny przełom – radość niewyobrażalna.

A drugie: jak po paru miesiącach wpadła do nas w nocy zapłakana sąsiadka: odebrała wiadomość radiową; Paryż padł, Francja skapitulowała…

Ten szok spowodował epidemię samobójstw – ludzie masowo utracili nadzieję…

Potem była już noc okupacji.

*

W mojej pamięci pojawia się akurat takie wspomnienie. Dziewuszka mająca zadanie dziennikarki coś tam notowała. Nie wiem, czy te wspomnienia wystarczająco oddają ówczesną rzeczywistość. Czy to w ogóle możliwe, żeby opisać taki czas?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s