O stalinowskim prokuratorze, który umiał pouczyć podejrzanego o jego prawach lepiej niż dzisiejsi prawnicy.

To jedno z moich istotniejszych wspomnień – o wydarzeniu, które mogło zaciążyć na moim życiu.

Jak już chyba pisałem, w roku 1953 objąłem stanowisko ordynatora  oddziału dziecięcego w szpitalu w Gorlicach. Byłem na nakazie pracy, a oddział sam tworzyłem – bo go nie było. A miałem wtedy… 23 lata i pierwszy stopień specjalizacji (tak!). 

Do dziś wspominam najbardziej dramatyczne przeżycie tamtych lat. Urodził się noworodek z ewidentną ciężką wadą serca. Nie miał szansy żyć. Zmarł. Ale że noworodek ten był synem oficera milicji, to dostałem wiadomość: w szpitalu ojciec grozi, że zastrzeli tego lekarza, co nie uratował dziecka. Współpracownicy ostrzegli mnie, żebym nie przychodził, bo milicjant szaleje i wymachuje pistoletem. 

Na drugi dzień do szpitala zjechała cała ekipa. Milicjanci, cywile – był i ów ojciec zmarłego noworodka. Zażądali historii choroby – dostali ją. Był też lekarz, zacięty wróg szpitala (kiedyś był dyrektorem, ale po dwóch ewidentnych błędach usunięty). To on miał robić sekcję – byłem zagubiony i wystraszony. Tym bardziej, że w całym szpitalu zapanowała panika. 

Podszedł do mnie cywil, no, tak może marnie wyglądający pan. Odciągnął mnie w ustronne miejsce. Przedstawił się: „Prokurator jestem. Grzyś” – a potem poinformował mnie, że lekarz mający robić sekcję już wydał  takie rozpoznanie: noworodek był przeziębiony, nie dostał penicyliny. I że mają już nakaz aresztowania. Ale – poinformował mnie – mam prawo zażądać, by sekcję robił biegły (u nas taki był w Krośnie). I że mam prawo nie zgodzić się na sekcję „amatora”. I że on mnie w tym wesprze. 

Wróciliśmy do grupy milicjantów. Zapytałem lekarza, czy jest anatomopatologiem albo lekarzem sądowym. Odparł, że formalnie nie – ale że się na tym zna. Oficerowie zaczęli popędzać. Wtedy prokurator Grzyś stanowczo oświadczył: lekarz leczący ma prawo zażądać fachowca z papierami. Toteż, że teraz zapyta mnie, czy mam zastrzeżenia do kwalifikacji lekarza (który przebierał nogami, bo chciał już działać). Zaprotestowałem więc, a pan Grzyś mnie poparł – i sekcja odbyła się nazajutrz, po przyjeździe biegłego z Krosna. Po sekcji biegły zapytał mnie: jak dokonałem tego, że noworodek żył trzy dni? Bo do życia się nie nadawał… 

Gdyby nie ów prokurator, poszedłbym siedzieć. Z więzienia wydobyliby mnie moi nauczyciele. Ale to by, po pierwsze, potrwało – a po drugie, taki incydent na początku kariery zawodowej zaciążyłby na pewno na mojej przyszłości. 

A tak na koniec: prokurator Grzyś nie skończył prawa na uniwersytecie. Miał wykształcenie „Szkoły Duracza”. Była to niesławna Centralna Szkoła Prawnicza w Warszawie, funkcjonująca tylko w latach stalinizmu. Kształciła ludzi dyspozycyjnych i sprzyjających władzy. Tymczasem nigdy przez owe trzy lata nakazu pracy nie słyszałem, by ten prokurator się ześwinił, by kogoś skrzywdził. Może było i inaczej – o czym nie wiem. Ale gdyby było inaczej, to by jednak o tym przynajmniej plotkowano. 

Piszę, by oddać wyrazy szacunku pamięci prokuratora Grzysia z lat 1950. Niech dzisiejsi policjanci i prawnicy uczą się odeń, jak pouczać podejrzanego o przysługujących mu prawach – i jak te prawa szanować. Presja finansowa, a przecież i polityczna, prowadzi dziś organy ścigania do stosowania sztuczek: byle kogoś skazać. Rzetelności mogą się uczyć od absolwenta tak niesławnej prawniczej szkoły. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s