I znowu czcimy Dzień Żołnierzy Wyklętych? Ja jeszcze bardziej krytycznie.

Każde  o b i e k t y w n e  badanie historii to wartość. Musi jednak być oparte na faktach a nie ideologii. Boję się że obecnie jest inaczej: IPN i twórcy „wychowania patriotycznego” głoszą chwałę i propagują kult tzw. „żołnierzy wyklętych”. Jestem jednym z tych żołnierzy: po przejściu frontu i pojawieniu się jakoś tam jednak p o l s k i e j administracji podjąłem zbrojny opór i walkę z władzą. Teraz, już jako starzec – chyba ostatni żyjący z tej grupy – oceniam tę inicjatywę i działalność zdecydowanie negatywnie. Oceniam ją jako tragiczną i bezsensowną.

Oto fakty, które prowadzą mnie do tej oceny.

Było to w Grodzisku Mazowieckim i okolicznych wsiach – oraz Milanówku. Inicjatorem organizacji zbrojnej grupy był Janusz Zabłocki, w czasie okupacji szef Grup Szturmowych Szarych Szeregów w tym rejonie, pseudonim wtedy „Pionier”. W grupie oporu przyjął pseudonim „Krzysztof” i tak już zostało; grupę komuniści nazwali Grupą terrorystyczną AK „Krzysztof” – no i my używaliśmy potem latami takiej nazwy (bez przymiotnika „terrorystyczna”).

Organizacja powstała na przełomie marca i kwietnia 1945 roku i właściwie była kontynuacją działania Szarych Szeregów. W naszej organizacji panował kult „Pioniera”, bo to i grupa szturmowa, i znana (warta osobnego opracowania) potyczka pod mostkiem kolejowym. Toteż my, harcerze, głównie „Zawiszacy”, na propozycję włączenia się do grupy zareagowaliśmy pozytywnie. Sprzyjał i autorytet dowódcy, i znaczne zapasy uzbrojenia jakie zgromadziliśmy po przejściu frontu, i wreszcie pewien absmak z powodu wyznaczonej komunistycznej władzy. I choć nie był to jeszcze czas komunistycznego terroru (o zbrodniach stalinowskich jeszcze nie wiedzieliśmy; np. o Katyniu dowiedzieliśmy się znacznie później), to jednak decyzja większości była jednoznaczna. Ja zostałem szefem grupy milanowskiej – składała się w większości z 15/17-letnich chłopaków – dawniej „Zawiszaków”.

Chłopcy „przestępowali z nogi na nogę”, by walczyć, by użyć broni – ja np. miałem oryginalnego Smith&Wessona kaliber 12 – rewolwer bębenkowy. I „Pionier” był pełen zapału i chciał działać. Pierwsze, co zorganizował, to napad zbrojny na posterunek milicji w okolicznej wsi (nie pamiętam nazwy). Tam obyło się bez ofiar, a jakoś analogicznie do napadu „Zośki” w Sieciechach – posterunku nie zdobyto.

Po tym było ważne dla mnie wydarzenie: dostałem zapytanie, czy podjąłbym się zamachu i wykonania wyroku w Grodzisku. Akurat ja – bo mnie tam nie znali. Zgładzonym miał być funkcjonariusz UB gdzieś z zachodu – który przyjechał do rodzinnego Grodziska do rodziny. Celem napadu i zabójstwa miało być zdobycie broni (mieliśmy jej bardzo dużo). Nie bardzo wiadomo za co, bo działalność jego w miejscu nowego zamieszkania i działania nie była nam znana. Akcja wydawała się co najmniej wątpliwa. Ale żeby trafiło na innego chłopaka – to wychowany w ruchu oporu okupacji pewnie by owego osobnika sprzątnął. Ja odmówiłem, a „Krzysztof” nie miał mi za złe.

Piszę o tym, bo jest to przykład jak łatwo podejmowano decyzje. Z całą pewnością wystrzelano wielu ludzi przypadkowych. Z pewnością też osobistych wrogów, nie zasługujących na śmierć.

Mieliśmy kilka karabinów maszynowych. Nikt z nas nigdy z tego nie strzelał – więc Krzysztof zarządził ćwiczenia terenowe mające za zadanie opanowanie obsługi broni maszynowej. Na teren wyznaczył Lasy Młochowskie – sporą enklawę leśną, ale niezbyt wielką, przylegającą do zabudowań mieszkalnych. Za bazę wyznaczył leśniczówkę w Młochowie – i dokonano zajęcia obiektu i blokady na wzór „kotłów”, jakie w mieszkaniach aresztowanych robiło NKWD. Ja i moi koledzy akurat mieliśmy egzaminy do liceum, więc dokonaliśmy tylko krótkiego pobytu w lesie i na noc wróciliśmy do Milanówka. „Krzysztof” wysłał do sklepu we wsi jednego chłopaka, który kupił tam 20 kg chleba. To – i łomot w pobliżu serii z karabinu – zwróciło uwagę ludności we wsi. Zastanawiali się po co obcy chłopak kupuje tyle chleba. No i co dzieje się w lesie. Na wszelki wypadek milicjanci chłopaka zamknęli w piwnicy – tym bardziej, że nie umiał się sensownie wytłumaczyć.

Ta sytuacja, jak i fakt znikania i nie powracania ludzi, którzy poszli do leśniczówki – plus łomot CKM-ów –spowodował, że milicja postanowiła sprawę wyjaśnić. Konna podwoda z kilku milicjantami wyruszyła do leśniczówki z rana. Fakt, że wysłany po chleb chłopak nie powrócił, nie zaniepokoił i nie spowodował reakcji grupy.

Podwoda z milicjantami została ostrzelana na drodze – nie jestem pewien, ale zdaje się, że co najmniej jeden milicjant został zabity. Wtedy Krzysztof zdał sobie sprawę, że sytuacja jest groźna. Nakazał zamelinowanie broni w lesie i rozwiązał grupę – każdy sam ewakuował się na własną rękę z lasu.

Trudno powiedzieć, jak ułożyłoby się to dalej, gdyby nie ten chłopak od chleba w areszcie. Natychmiast przewieziono go do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Grodzisku – poddano badaniu i zaczęły się aresztowania. Kilku chłopaków zdołało się ukryć. „Krzysztof” też uniknął aresztowania i zbiegł. Aresztowanych trzymano w UB, a „Krzysztof” zabiegał o zorganizowanie napadu na urząd i ich uwolnienie. Nie udało się.

Odbył się proces – trzech chłopaków (w tym Błotnicki, który był drużynowym w ZHP) otrzymało wyroki śmierci. Po amnestii „Krzysztof” zorganizował wyprawę i spotkanie z Bierutem – prosili o uwolnienie skazanych, bowiem panowała plotka, że wyroków nie wykonują, a skazanych wysyłają do kopalni. Niestety: okazało się, że choć Bierut wykazał zainteresowanie i nakazał zbadanie sytuacji, skazani chłopcy już nie żyli.

Każdy trzeźwo myślący czytelnik, analizując tę relację dopatrzy się wielu błędów; doprowadziły do tragedii i niepotrzebnych tragicznych śmierci. Pozostali aresztowani, jak to było w powszechnej praktyce (uwaga, „sędziowie” z IPN!), podpisali zobowiązanie do współpracy z UB. Zwolnieni natychmiast uciekali „na zachód” – co wobec powszechnej wędrówki ludu i zagospodarowywania ziem zachodnich nie stanowiło najmniejszej trudności. Personel UB (co miałem okazję stwierdzić osobiście za parę miesięcy) był prymitywny i łatwowierny. Uwolnienie się z aresztu metodą „na deklarację współpracy” było powszechnie wtedy praktykowane. Tak uwolniło się wielu moich kolegów a za parę miesięcy i ja osobiście.

„Krzysztof” uniknął aresztowania, a po okresie ukrywania się związał się z Paxem i był nawet posłem do Sejmu i czołowym działaczem katolickim. Napisał książeczkę „Kawałki pociętego sztandaru”, w której zresztą pisze i o mnie i zamieszcza moje zdjęcie. Grupa „Krzysztofa” zajmuje znaczącą pozycję w literaturze opisującej ruch oporu. Ja osobiście – choć do jego śmierci przyjaźniłem się z Zabłockim – im jestem starszy, tym mam większe wątpliwości co do sensu całej przygody.

Tu nasuwają się mi jeszcze dwie sprawy. Otóż jeden tylko z moich harcerzy z Szarych Szeregów, Mirosław Józefowicz, na propozycję pozostania w konspiracji odpowiedział, że naradzi się z ojcem. Po tym odmówił, twierdząc że ojciec – a i on – uważa, że teraz jest czas na odbudowę kraju z ruiny, a szansy w walce zbrojnej nie ma zupełnie.

I druga – do dziś nie wyjaśniona sprawa. Otóż masowe aresztowania w Grodzisku i okolicy zupełnie ominęły Milanówek. Nie wyobrażam sobie, by ubowcy nie dotarli do informacji o naszej grupie. Dlaczego nas pozostawili w spokoju? Tym bardziej, że gdy w styczniu 1946 roku zostałem aresztowany, to w czasie śledztwa okazało się, że UB ma dość szczegółowe informacje i dobrze wiedzieli kto z Milanówka należał. Zastanawialiśmy się nad tym w gronie zainteresowanych – i nie doszliśmy do przekonywującego wniosku.

Po amnestii 1947 roku pozostawiono nas w spokoju. Nie utrudniali nam studiów – wszyscy z mojej grupy coś tam studiowali i nikt z nas nie spotkał się z jakimikolwiek szykanami. 

Pisałem już, że „nie chciałbym uchodzić za kombatanta tamtej walki, być tym „żołnierzem wyklętym”. To wszystko za trudne, za wieloznaczne. Nie umiem tego ocenić”. A także: „Walka nasza nie miała szans – przeto była bez sensu. Nie mieliśmy cienia szans na jakiekolwiek powodzenie. Musiało skończyć się tak, jak wielokrotnie w naszej historii: bezmyślną, bezcelową daniną krwi. W naszym wypadku – co najmniej tych trzech chłopaków zamordowanych wyrokiem sądu. A ofiar śmiertelnych byłoby więcej: „Krzysztof” miał zaoczny wyrok śmierci, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności (?), to pewnie w tym procesie i ja – wtedy 16-letni chłopak – podzieliłbym los trzech kolegów. A pewnie i „Tadek” – i być może jeszcze inni. Na co można było liczyć, porywając się na naszych kolejnych okupantów: Armię Czerwoną i ZSRR – nawet z dobrym uzbrojeniem? Na trzecią wojnę światową? Dziś wiemy, że to była iluzja”. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s