Pseudouczeni splugawili imię Noblisty Pawłowa, więc go zrehabilitujmy, a ich pawłowizm właściwie oceńmy. I zrozummy.

Żył niegdyś (1849-1936) wielki uczony rosyjski Iwan Pawłow. Był twórcą teorii o odruchu warunkowym i teorii o uczeniu się, a w 1904 roku dostał Nagrodę Nobla z fizjologii/medycyny. Był przedmiotem kultu i dumy Rosjan przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. I byli – pożal się, Boże – „uczniowie”, następcy: autorzy, którzy „twórczo rozwijali naukę Pawłowa”, radzieccy twórcy „pawłowizmu”. No i był Związek Radziecki, w którym panowała jedynie słuszna nauka radziecka. Kto wątpił czy ośmielił się krytykować – kończył w łagrze lub wprost był mordowany.

Tu dygresja: mam kilka osobistych „porachunków” z nauką radziecką. Tak jakoś mieli szczęście moi przodkowie, że w porę umierali (nie w celi). Dziadek – jeden z twórców światowej mykologii – ledwie zdążył. Już jego następca i uczeń zginął zagłodzony w celi na Łubiance, bo – tak zresztą jak mój Dziadek – nie akceptował „biologii radzieckiej” i jej twórcy, oszusta Łysenki (nawet w ZSRR nazwano go potem „łże-nowatorem”). Jestem dumny z Dziadka tym bardziej, że dowiedziałem się o Nim ledwie parę lat temu: i tak jeszcze pod koniec swego życia przeżyłem wielką piękną przygodę. A właśnie dostałem opis ostatnich lat (miesięcy) życia Dziadka i losów jego Instytutu. Pasjonująca lektura. Może autor książkę skończy – i może pojawi się ona w polskim tłumaczeniu. Choć książki czyta się coraz rzadziej, bo może to zanikająca forma przekazu myśli? Okaże się. W każdym razie wspominam tu petersburskich mykologów, bo jestem dumny z Dziadka i jego dzieła.

Ale wracając do Pawłowa i pawłowizmu. Gdy kończyłem studia w 1952 roku, nacisk „pawłowistów” wzrastał. Coraz częściej mówiono o leczeniu „metodą Pawłowa” – choć ten wielki człowiek pewnie w grobie się przewracał. Pawłowizm miał polegać na „hamowaniu ochronnym”, na leczeniu snem zamiast zabiegów i terapii tradycyjnej. I tak niemowlę z biegunką, u którego rozpoznawano także ropne zapalenie ucha – nie podlegało paracentezie (nakłuciu i ewakuacji ropy), a otrzymywało terapię metodą hamowania ochronnego. Polegało to na podawaniu „mieszanki Pawłowa”: 5ml glukozy i 0,5 ml spirytusu aromatycznego oraz luminal: tyle mili ile ma miesięcy – tyle santi ile ma lat… Więc dzieci te, rzekłbym pijane, spały twardym snem. Dostawały przy tym antybiotyki (to już nowość: Pawłow nie znał) i jak trzeba – kroplówki nawadniające. Z biegunkami było pół biedy, ale unikanie zabiegów dotyczyło także poważnych schorzeń. Nigdy nie zapomnę chłopca siedmiomiesięcznego, który zmarł z powodu ropnego zapalenia opłucnej z tak zwanym wentylem. A zmarł, bo szefowa (czołowa pawłowistka kraju) zabroniła – wbrew nacisków nawet dwojga profesorów – dokonania zabiegu („u nas leczy się metodą Pawłowa!”). Opisałem kiedyś ten przypadek: pamiętam nazwisko chłopca i ten straszny moment, kiedy musiałem jako asystent „leczący” powiedzieć ojcu chłopca o jego śmierci.

Były ostre dyskusje. Był opór środowiska i była nawet sztuka teatralna Łutowskiego na ten temat, grana w Teatrze Polskim. Ale starych profesorów eliminowano – a czyniły to na ogół młode „pawłowistki”, które zresztą z reguły obejmowały wakaty. Metoda była podstępna: pamiętam jak taka młoda „komsomołka” zapytała starego zasłużonego profesora o to, co sądzi o pawłowizmie. Jego odpowiedź brzmiała: „Pawłow był wielkim uczonym. A o pawłowizmie jako metodzie medycznej nic nie wiem” – i wkrótce poszedł na emeryturę (wtedy nie działo się to „z automatu”).

Po co o tym piszę? Bo wciąż czuję potrzebę rehabilitacji Pawłowa, którego uwikłano w antynaukową aferę i którego imię splugawiono. Nie chcę, by to poszło w niepamięć: terror pseudouczonych może się – choć to już mało prawdopodobne – powtórzyć. Fakt wielkiej władzy czynnika partyjnego miał przecież wówczas duże znaczenie.

Długo się zastanawiałem, czy wymienić nazwę placówki. Dotarła do mnie wiadomość, że obchodzą tam właśnie 65-lecie istnienia (gratuluję!). I okazuje się, że od kilkudziesięciu lat już nikt tam nie pamięta „pawłowizmu” i owej uczonej. Prawda historyczna o początkach tej kliniki jest taka, że znakomita część personelu przeżyła Holokaust. Owa pawłowistka musiała w 1968 roku emigrować, w RFN robiła karierę jako psychiatra. Ludzie ci byli nieprawdopodobnie tragicznie doświadczonymi. Byłbym ostatnim, który chciałby im „dołożyć”. Zresztą z niektórymi potem się przyjaźniłem. By świadczyć prawdę, stwierdzam z całą mocą: większość owych asystentów była potem na całym świecie prawdziwie pożytecznymi i kompetentnymi lekarzami. Ten pawłowizm to była jakby chwilowa kąpiel w szambie (dla znacznej większości).

Jak już czcić jubileusz, to nie unikajmy refleksji nad wpadkami i potknięciami, a nawet aferami: pamiętam dwie zmarnowane szanse na światową karierę. Wielkich uczonych tam nie doceniono i nie stworzono im warunków pracy, a zaistnieli w światowej nauce już po odejściu. Jednak wiem, że wyrosło tam również wielu wybitnych lekarzy. Nie odwiedzałem owej kliniki przez kilkadziesiąt lat i nie wiem, jak wyglądała jej codzienność po tych trzech latach, które tam przepracowałem. Gdyby historycy medycyny chcieli szczegółów, nazwisk, faktów z tamtego okresu – póki mogę, służę.

A Iwanowi Pawłowowi zapalmy świeczkę, bo w tym kończącym się roku minęła 80 rocznica jego śmierci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s