Bywacie w Bieszczadach?

Byłem w połowie lat 50. na nakazie pracy w Gorlicach. Wtedy słyszałem, że Bieszczady wróciły do Polski – była jakaś regulacja granic z ówczesnym ZSRR – ale nikt nie chciał tam mieszkać, pracować. Wybrałem się tam dopiero w roku 1956 i Bieszczady były nadal zupełnie puste, dzikie. Było to miejsce zaniedbane, ale może to dlatego na swój sposób piękne?

Kiedy wędrowałem szlakiem (nie pamiętam czy już wyznaczonym) przez Połoninę Wetlińską, potem Caryńską i na Halicz, to przez cały dzień wędrówki nikogo nie spotkaliśmy. Było uroczo. Pamiętam jeszcze wspaniałą kolejkę wąskotorową z Zagórza gdzieś w góry – malutkie wagoniki , parowóz jak zabawka.

Potem, już gdy mieszkałem w Warszawie i byłem drużynowym 79 WZDH miałem zimowisko w Dwerniku. W Dwerniku było miło. Już miejsce było ucywilizowane. Nam zachciało się biwakowania zimą w namiotach. By wypróbować możliwości – ja z dwoma najstarszymi harcerzami najpierw nocowaliśmy na Otrycie. Uznaliśmy, że takie biwakowanie jest możliwe i zorganizowaliśmy zimową wyprawę z namiotami na Połoninę Caryńską. Najbliższe osiedle ludzkie było kilkanaście kilometrów od szczytu. A my wdrapaliśmy się, nacięliśmy jedliny pod namioty (wtedy nie było to jeszcze barbarzyństwem) i rozstawiliśmy namioty – pod szczytem, tak by nam za bardzo nie wiało, bo na szczycie był wielki wiatr. Pamiętam, że na niebie szukaliśmy komety Kohoutka, która akurat wtedy była widoczna. Był to pierwszy taki, nieco zwariowany, biwak (pisałem o nim też tutaj: „Organizatorowi wyprawy w Bieszczady dajcie spokój. I premię. Też organizowałem zimowe wyprawy, spaliśmy w igloo. W okresie dojrzewania potrzebna jest przygoda. Pod kloszem dojrzeć psychicznie się nie da.”). Potem nasz szczep wielokrotnie dokonywał różnych „szaleństw”, ale raczej wodnych – bo był to szczep żeglarski. 

Któregoś roku – gdzieś w połowie lat 70. mieliśmy letni obóz w okolicy Smolnika. Obok obozu była bacówka, a rządził nią Baca Jasiu. Bardzośmy się przyjaźnili. I nigdy nie zapomnę (często opowiadanego przeze mnie jako kawał) prawdziwego zdarzenia. Odwiedziłem bacówkę, a juhasi właśnie doili owce. Tak jakoś zady owiec były przy tym nad skopkiem, że mi się skojarzyło i zapytałem: „Baco, a owca wam czasem nie naszczy do mleka?”. A baca Jasio odrzekł poważnie: „Wicie, nascyć to nie nascy. Ale casem się skali”. „No to wtedy – mleko wylewacie?”. A baca: „Nie, wicie panie, ronckom, ronckom wybierzemy gówno – i wyrzucimy. Dyć to cyste gówno – na ziemi nie lezało”…

Jak pakowaliśmy obóz do powrotu, baca Jasiu odwiedził nas i nawet pomagał się pakować. Przyszedł do mnie chłopak i pyta: co zrobić, bo w apteczce jest pół litra spirytusu – butelka nie otwierana? Baca bardzo się zainteresował i poprosił: „ Wicie, jak ma się zmarnować, to dajcie mnie. No, tośmy dali. Baca odkorkował – wypił całą zawartość (pół litra spirytusu!), otarł usta, odsapnął i poprosił: „Dajta wody – bo mocne”. Wypił tę wodę, ułożył się wygodnie i orzekł: „Tera się prześpię”. My odjechaliśmy, przyszli do niego juhasi, a on twardo spał nadal…

Ot, takie wspomnienia. Było tam wiele przygód – piękne wspomnienia.

Było mało ludzi – był zwyczaj pozdrawiania się obcych napotkanych turystów. Ale wiele dziesiątek lat później wybrałem się tam busem z kolejnymi harcerzami – tym razem drużyny zwykłej (no, był to nieformalnie „nieprzetarty szlak”: drużyna chłopców z zaburzeniami psychosomatycznymi). I przeżyłem szok: nie ma już moich Bieszczad! Tłumy na Połoninę Wetlińską suną szlakiem jak mrówki. Watahy turystów. Pełen rząd, od szczytu do podnóża… I żal mi było, że już tym razem nie mogłem pokazać chłopcom uroku tych gór. To już inny świat – i dopiero obrzydlistwo… 

* * * 

Dziękuję za zaproszenie na konferencję na temat harcerstwa w Bieszczadach. Nie biorę udziału – bo z racji wieku jestem już mało ruchliwy. Ale że ożyły wspomnienia, to kilkoma chciałem się z Wami podzielić. Przy okazji chciałbym pozdrowić „Krąg Kruków”. Oni na pewno są bardzo aktywni w tej konferencji – w jej organizacji i przebiegu. Bo wyjaśniam: „Krąg Kruków” to grupa starszych Druhów, którzy kiedyś byli bardzo aktywnymi krakowskimi instruktorami harcerskimi. Zachowują dużą aktywność. Jestem dumny, że mnie (kiedyś w harcerstwie, ale Warszawiaka – mówi się, że w Krakowie na ogół nielubianych…) przyjęli do swego grona. Czuwaj Druhowie! I podrzucam Wam do namysłu: „Pomyślmy: jakie harcerstwo odpowiadałoby współczesnej młodzieży?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s