Od 60 lat wspominam niemowlaka uduszonego przez złe leczenie w klinice.

Mam jeszcze parę spraw które chciałbym „załatwić”. To raczej historia – ale relacje świadków są ważne i dobrze, żeby było ich jak najwięcej. Żeby jak najwięcej relacji zostało. Niektóre wspomnienia są bardzo trudne i noszę się z nimi od lat, ale teraz zmuszę się już do działania, bo widzę co dzieje się z IPN-em. To mobilizuje do utrwalania własnych wspomnień (o IPN wspomnę tu jeszcze tylko dwa razy).

Dziś coś lżejszego – lżejszego dziś, ale nie sześćdziesiąt lat temu. Przeczytałem niedawno o wybudzeniu z farmakologicznej śpiączki pacjenta. I skojarzyło mi się, że w latach pięćdziesiątych w pediatrii obowiązywał oficjalnie kierunek myślenia i działania na wzór radzieckiej medycyny. W klinice, do której przypadkowo trafiłem obowiązywało leczenie „metodą Pawłowa, czyli „hamowaniem ochronnym”. Od razu zastrzeżenie: z wielkim Pawłowem miało to wspólnego tyle, co nic. No ale był to światowy autorytet, więc „hamowanie ochronne” podpierano jego nazwiskiem.

Moja ówczesna szefowa, pani docent B., była krajowym konsultantem mikro-pediatrii, czyli leczenia noworodków, wcześniaków (tu miała niekłamane zasługi) i niemowląt. Miała ileś tam swoich klinik, hordę asystentów – i działała. Owo „hamowanie ochronne” polegało na podawaniu niemowlętom „mieszanki Pawłowa” (biedak Pawłow pewnie przewracał się w grobie). Mieszanka to w pięciu procentach glukoza z dodatkiem dwudziestu kropli spirytusu aromatycznego – i luminalu. Tak pojone niemowlę spało (podpite?). Miało poza tym antybiotyk i kroplówkę nawadniającą. Wiele niemowląt tę kurację przetrwało i się wyleczyło – zwłaszcza gdy miało niezbyt ciężką biegunkę. Gorzej, gdy trzeba było dokonać jakiegoś zabiegu – np. paracentezy (nakłucia zropiałego ucha środkowego). Nas uczono „ubi pus – ibi evacua”, czyli że jeśli jest ropa, to ją trzeba usuwać. Tego metoda „hamowania ochronnego” nie przewidywała… I niestety zdarzały się przypadki tragiczne.

Tak też od sześćdziesięciu już lat nie mogę zapomnieć niemowlaka, który za sprawą „hamowania ochronnego” się udusił. Pamiętam jego nazwisko – był to akurat mój pacjent. Należało mu założyć dren do opłucnej i pod wpływem antybiotyków – i tej cholernej „mieszanki Pawłowa” – by żył. Szefowa kategorycznie zabroniła dokonać zabiegu („takimi metodami to pan leczył w Gorlicach!”). Nigdy nie zapomnę jak później ojciec (sam był lekarzem) płakał na wieść o śmierci syna – ciężko chorego, ale do wyleczenia. Później spotykałem jeszcze tę rodzinę. Nie wiem, ile dzieci zginęło z tego powodu. Wątpię, by to niemowlę było jedynym zmarłym po zastosowaniu „hamowania ochronnego”.

Metody mojej szefowej nie przyjęły się szerzej. Mało które kliniki je stosowały. Nie przypominam sobie, by któraś jeszcze klinika w Warszawie je stosowała. Ale gdyby to tak potrwało dłużej – kto wie? Szczęśliwie pani docent B. wnet emigrowała i metoda jej leczenia poszła w zapomnienie. Co może jej upór nieco tłumaczyć, to że ocalała z Holocaustu jako, zdaje się, jedyna w rodzinie. Z pochodzenia wileńska Żydówka, po wojnie bywała w Moskwie i tam się habilitowała. Zdaje się, że moskiewska mistrzyni i nauczycielka mojej szefowej nazywała się Krawcowa. Oczywiście pamiętam też nazwiska pani docent (obowiązywało mówić „profesor”) i uduszonego niemowlaka. Pewnie dla wiarygodności historii należałoby je ujawnić (komu: IPN-owi właśnie, który wzmiankuję tu po raz drugi?).

Opisuję ten przypadek, by wykazać – i by przeszło do historii, przynajmniej tej „mówionej” – jak to zaraz po wojnie panowała w Polsce nauka radziecka (choć bywały opory). Znana jest słynna wtedy „uczona radziecka” Lepieszyńska, a najbardziej znanym rozdziałem w historii szaleństw radzieckiej nauki była działalność radzieckiego biologa Łysenki. Poza propagowaniem swoich wątpliwej jakości akademickiej tez przyczynił się między innymi do usunięcia mojego dziadka ze stanowiska dyrektora Instytutu Mykologii w Petersburgu (którego to instytutu dziadek był założycielem), a później do uwięzienia i zamordowania następcy, ucznia dziadka.

Nauka ma bowiem to do siebie, że każdy szarlatan, każda szuja może na naukę wpływać: naginać, oszukiwać, kłamać – ale nieraz też sięgać po siłę wpływu z poparciem władzy. Na przykład jako krajowy konsultant. O tych doświadczeniach nauk biologicznych i medycznych następne pokolenia powinny pamiętać. Ale uwaga: czy coś podobnego nie szykuje się teraz w humanistyce skupionej na „żołnierzach wyklętych” i jednostronnej historii Polski zaraz po wojnie i po 1948 roku? To jest właśnie miejsce na wzmiankowanie IPN po raz trzeci.

 

* * *

Jeśli dawno już nie pisałem, to nie dlatego, że nic mnie nie obchodzi. Zaangażowałem się w swoje felietony dla tygodnika „Faktycznie”. Nie ukrywam, że poczułem się dumnym: starcowi zaproponowali stałą rubrykę. No więc muszę się „dwoić” (i przy okazji: bardzo ciekawy jestem opinii o tym tygodniku i moich w nim tekstach).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s