Żałuję, że nie wysłałem Kaczyńskiego na stypendium do Niemiec. Doświadczyłby niemieckiej życzliwości, być może motywowanej ekspiacją.

Właśnie mija 25 lat od zawarcia „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” (z 17 czerwca 1991 r.). To bardzo ważne wydarzenie (i historycznie, i bieżąco) akurat zbiegło się z moim wyróżnieniem „HumanAward2016” za bliską współpracę z Niemcami – głównie z Uniwersytetem w Kolonii, choć nie tylko. To trwało siedemnaście lat. Teraz kontakty mam coraz mniejsze, bo ludzie odchodzą. Z niemieckich profesorów, z którymi współpracowałem, żyje tylko jeden.

Ponieważ chciałbym, żeby moja pisemna relacja nie zniknęła, to umieściłem w internecie artykuł z „Kwartalnika Pedagogicznego”. Pismo, w którym ją pierwotnie zamieściłem jest raczej niszowe – a w internecie znajdzie ją więcej osób. Tutaj można ją sobie otworzyć, wydrukować: artykuł z „Kwartalnika Pedagogicznego” pt. „Współpraca moja i Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego z Uniwersytetem w Kolonii” (nr 237, rok 2015).

Nie jestem politykiem ani historykiem – ale wydaje mi się, że w tym ćwierćwieczu Niemcy jako sojusznik nas nie zawiedli. Jak rozpoczynałem z nimi przed laty współpracę – miałem (i ja, i moje otoczenie) wiele wątpliwości. Na przykład moja już wtedy leciwa matka miała mi za złe tę współpracę. Moich znajomych, potem stopniowo przyjaciół, nazywała „wilkami w owczej skórze”. I ja, i moja matka, i całe otoczenie stopniowo nabieraliśmy zaufania. Z wieloma Niemcami po prostu się zaprzyjaźniłem. Przez tych siedemnaście lat, przy wyjazdach dwa razy w roku na sześć tygodni, a także przy dłuższych pobytach, doznawałem wiele objawów życzliwości. To wzruszało, bo życzliwość pojawiała się nawet ze strony ludzi obcych, przygodnych. Odnosiłem wrażenie – i tak sądzę do dziś – że w dużym stopniu zachowanie Niemców w stosunku do nas było mniej lub bardziej świadomym odczuciem ekspiacji.

Raz tylko spotkały mnie (ale z rozmów wiem, że i kolegów) objawy niechęci, a nawet wrogości: w stanie wojennym. Jak zawsze w maju dostałem paszport i jak zwykle w grudniu pojechałem do Niemiec. Traf chciał, że tym razem byłem w Niemczech świeżo po wprowadzeniu stanu wojennego. I wtedy przygodni ludzie wypytywali serdecznie jak się tam w Polsce żyje, jak się tu w Niemczech urządzę, co stanowi dla mnie problem – itp. A kiedy oświadczałem, że jestem tu na krótko i wracam – następowała gwałtowna zmiana stosunku. Słyszałem: „No tak, jasne! Kto teraz może jeździć tam i z powrotem?”.

Mnie cieszą dobre stosunki: i przyjaźnie osobiste, i te w szerokim sensie – społeczne, państwowe. I martwią mnie takie – może na razie skrywane – objawy narastającej obcości, wrogości. To chyba element polityki zagranicznej obecnej władzy? Może szkoda, że jak mogłem, to Kaczyńskiego nie wysłałem na jakiś obóz młodzieżowy czy stypendium DAAD… Cóż, dożyłem ciężkich czasów. Ale marzyć można do końca. A mnie się marzy, by podobne stosunki ułożyły się nam i z Rosjanami. Z ludźmi to proste. Z władzą? Hmm… Ale władze też nie wieczne.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s