Okolice Gorlic jak Jedwabne według Grossa i Szczebrzeszyn według Klukowskiego? Niestety, tak. [Na marginesie nowej książki IPN]

Jestem autorem twierdzenia że Niemcy zniszczyli Żydów Polskich fizycznie, biologicznie – a my Polacy zniszczyliśmy pamięć o Nich.

W Polsce, jak wiadomo, przed wojną żyło kilka milionów Żydów. Wielu z nich byli to wygnańcy z Rosji i Ukrainy. Kiedy przyjeżdżali, byliśmy w stanie zaborczego rozbioru – ale społeczeństwo polskie udzieliło Żydom schronienia. Żyli obok nas. Były całe liczne skupiska, instytucje, organizacje żydowskie. Można powiedzieć, że Polska – oczywiście wówczas nie państwo, a społeczeństwo – udzieliła Żydom schronienia.

Na Ziemi Gorlickiej było duże skupisko Żydów. W Bobowej był cadyk i był wielki ośrodek kultu religijnego. W Gorlicach około 30 proc. ludności to byli Żydzi. Mieli swoje organizacje, gminę, szkoły, ośrodki pomocy społecznej. Były żydowskie organizacje młodzieżowe, kluby sportowe i organizacja skautowa Haszomer Hacair.

W 1998 roku historyk-amator Władysław Boczoń wydał prywatnym nakładem (!) książkę „Żydzi Gorliccy”. Dzieło to zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Autor dawno nie żyje i nie wiem skąd miał tyle dokumentów i zdjęć. Pomyślałem wtedy, że właściwie każde miasteczko galicyjskie i dawnego zaboru rosyjskiego powinno wydać analogiczne dzieło. Napisałem do gazety lokalnej recenzję, gdzie wyrażałem dezyderat, iż brak nam analogicznych informacji. Apelowałem nawet, by podejmować analogiczne inicjatywy póki jeszcze czas. Wtedy właśnie sformułowałem swoje twierdzenie o winie naszej – Polaków – za brak pamięci o naszych żydowskich współobywatelach z czasów, kiedy Państwa Izrael jeszcze nie było.

Ucieszyło mnie więc, że staraniem IPN wyszła książka „Dzieje społeczności żydowskiej powiatu gorlickiego podczas okupacji niemieckiej 1939-1945” autorstwa Michała Kalisza i Elżbiety Rączy. Okazało się, że coś się dzieje. Ale znikomo, bowiem książkę zdobyć nie było łatwo. Widocznie nakład jest niewielki. Ale dzięki przyjaciołom zdobyłem ją i przystąpiłem do lektury.

Zbiegło się to z wypowiedziami nowych władz o tym, że mamy „powstać z kolan” – że mamy wychowywać dzieci i młodzież w poczuciu dumy narodowej – że historia nasza jest godna i zaszczytna. I może żal, że na tę książkę trafiłem…

Nasunęły mi się bowiem refleksje dalekie od poczucia dumy. Więcej nawet: zrobiło się we mnie przekonanie, że obok oczywistych działań, które mogą być źródłem dumy, są też w naszej historii takie epizody (czy to właściwy termin?), które daleko nie napawają dumą. Są czarnymi, tragicznymi, wprost wstydliwymi wydarzeniami.

I nie w tym problem, że takie wydarzenia miały miejsce. Problem w tym, że o tym nie mówimy, nie piszemy, nie uczymy w ramach historii w szkole. Że staramy się historię zafałszować – jakby pełni wstydu, a nie skruchy?

O tym, że zagłada Żydów na terenie dawnej Polski odbyła się wyjątkowo bestialsko, oczywiście wiem. Wtedy, kiedy się to działo, byłem już świadomym nastolatkiem. Wiem i o tym, że tylko w Polsce karano śmiercią za udzielenie pomocy – nawet znikomej – Żydom (do trzeciego pokolenia, bez względu na stopień asymilacji). I że zabijano za pomoc Żydom całe rodziny Polaków, a nie tylko tych, którzy za tę pomoc byli odpowiedzialni. Wyginęło w ten sposób wielu Polaków, wiele rodzin (ile? czy ktoś wie?).

Ale wiem i o tym, że istniał polski motłoch – margines społeczny. Okupanci zazwyczaj nagradzali tych ludzi za pomoc w niszczeniu Żydów. Stosowano i bardziej subtelne formy zachęcania do współpracy: przekazywano pożydowski dobytek, mieszkania, domy. W wielu tych domach do dziś mieszkają potomkowie ludzi, którzy zajęli opróżnione morderstwem lokale.

I wiem też o tym – co jest powszechnie znane – że pomimo tego wszystkiego byli Polacy, którzy udzielali pomocy narażając życie. We mnie zawsze budzi niekłamany szacunek rola, jaką odegrały katolickie zakony. Pamiętam grupy dzieci żydowskich wychowywane w czasie okupacji przez Urszulanki w Milanówku. To wszystko są rzeczy znane – i chyba doceniane, skoro w Izraelu najwięcej drzew w Yad Vashem sadzili Polacy.

Pamiętam też o rozliczeniach: o „Żegocie”, o wyrokach na szmalcowników. I pamiętam powojenne procesy zbrodniarzy, którzy pomagali okupantom w eksterminacji Żydów.

Tak. To wszystko pamiętam.

* * *

Książka Michała Kalisza i Elżbiety Rączy oczywiście (i słusznie) omawia przykłady indywidualnej i zorganizowanej pomocy Polaków dla Żydów w regionie gorlickim. Choć działania te nie były zbyt skuteczne, to były bohaterskie i zasługują na najwyższą chwałę i pamięć narodową. Ale nie wolno nam zapomnieć, że byli i inni Polacy – których autorzy wspomnianej książki IPN chętnie określają nie po narodowości, a mianem „aryjczyków”.

Wstrząsem dla mnie był rozdział 4 w tej książce zatytułowany „Pomocnicy Niemców w eksterminacji Żydów w regionie gorlickim”.

Strona 50: „Do tej akcji [zagłady] zostali jednak także wciągnięci inni mieszkańcy regionu. Uczestniczyli w niej w różnym stopniu i z różnych przyczyn Polacy, Ukraińcy”.

Strona 51: „Pierwsza z postaw, która niewątpliwie charakteryzowała większość nieżydowskich mieszkańców powiatu gorlickiego, to bierność wobec przeprowadzanej w regionie zagłady Żydów”.

Strona 59: „Nie sposób obecnie ustalić, ilu Żydów straciło życie w związku z wrogim zachowaniem się wobec nich aryjskich mieszkańców regionu”.

W rozdziale, z którego pochodzą cytowane fragmenty, autorzy podają szereg danych personalnych. Wymieniają miejscowości, nazwiska prześladowców, niekiedy morderców. Głównie skupiają się na przykładach tzw. „granatowych policjantów”, czyli polskiej policji porządkowo-pomocniczej. Wielu policjantów uczestniczyło w obławach i w doprowadzeniach Żydów na śmierć do okupanta. Nic takiego postępowania nie usprawiedliwia, bo policjanci byli ochotnikami. Nie musieli współpracować z okupantem, a czynili to dobrowolnie. Czy jednak tylko oni (wymieniani z nazwisk) spełniali taką rolę? Innych przykładów autorzy podają mało. To akurat nie koresponduje z cytowanymi powyżej fragmentami.

* * *

Lektura tej ze wszech miar oczekiwanej przeze mnie książki przypomniała mi inną lekturę. Przed kilkudziesięciu laty poznałem przypadkowo dostojnego starca – człowieka, który nawet przy okazjonalnym kontakcie budził szacunek. Był to dr Zygmunt Klukowski, lekarz ze Szczebrzeszyna. W tym miasteczku na Zamojszczyźnie był wielkim autorytetem. Nie tylko dlatego, że spędził tam całe swoje zawodowe życie i od 1918 roku odbierał wszystkie porody i towarzyszył wszystkim zgonom.

Otóż dr Zygmunt Klukowski prowadził przez całe swoje życie zawodowe dziennik. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych dziennik ten wpadł mi w ręce. Pewnych fragmentów przez tych kilkadziesiąt lat nie zapomniałem. Po lekturze omówionej powyżej książki sięgnąłem – nie bez trudu, bo nie jest wcale łatwo dostępny – do dziennika Zygmunta Klukowskiego (właściwie to dlaczego nie ma go w Cyfrowej Bibliotece Narodowej Polona.pl?).

Postanowiłem podzielić się refleksją z innymi, bo ponowna lektura była dla mnie wstrząsem. Poniżej fragmenty dziennika doktora Zygmunta Klukowskiego.

13 kwietnia. „Na miasto wyległy wszystkie szumowiny, zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy będzie można przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem nasze miasteczko z pewnością nie zostanie w tyle. Żydzi mnóstwo rzeczy oddali na przechowanie mieszczanom i chłopom. Za przechowanie w ciągu dni dzieci i dorosłych [Żydów] dawano ogromne pieniądze, lecz chłopi z bliskich wsi boją się, bo za ukrywanie Żydów grozi kara śmierci, a donosicieli wszędzie jest pełno”.

8 sierpnia. „Sporo ludności polskiej, zwłaszcza chłopaków, gorliwie pomaga przy wyszukiwaniu Żydów (…)”.

23 października. „Woźny Skórzak, nie mając karabinu ani rewolweru, siekierą rąbał głowy wyciąganych z kryjówek Żydów. Inni cywile z amatorstwa też gorliwie pomagali, wyszukiwali Żydów, pędzili ich do magistratu lub na posterunek, bili, kopali. Przez cały dzień jedni tropili tych nieszczęśliwych, drudzy wozili trupy i kopali na kirkucie doły”.

Dość przykładów. Kto chce – niech sięgnie do „Dziennika” Zygmunta Klukowskiego. W relacjach z roku 1942 takich opisów jest wiele. Atmosfera wprost piekielna.

* * *

Byłem wówczas w Milanówku, miasteczku pod Warszawą. Przed wojną był tam zakaz osiedlania się Żydów, więc czegoś podobnego nie przeżywałem, a nawet o takich wydarzeniach nie słyszałem. Wiedziałem – bo wszyscy żeśmy wiedzieli – że za pomoc Żydom groziła (i była wykonywana) kara śmierci. Jak pisałem: nie tylko na osobie, która za to odpowiadała, ale na całej rodzinie. Pod Milanówkiem, „na Łąkach”, była willa, w której mieszkał m.in. mój kolega pochodzenia żydowskiego – Janek Bril. W ekranizacji „Wyroku na Franciszka Kłosa” Andrzeja Wajdy jest uwieczniona opisana przez miejscowego pisarza Stanisława Rembeka scena najazdu okupantów i wymordowania wszystkich mieszkańców willi.

A skąd Niemcy wiedzieli o tym, że „na Łąkach” mieszkają m.in. ludzie pochodzenia żydowskiego? Otóż z anonimowych donosów do władz okupacyjnych o ukrywających się Żydach. Pisze o nich też dr Klukowski w swoim „Dzienniku”. Były zjawiskiem częstym, żeby nie powiedzieć – nagminnym. Akurat o tym mówił mi i listonosz w Milanówku w latach 40-tych. (Nawiasem: mówił to, kiedy mi dostarczał… anonimy na mój temat pisane do UB. Na poczcie mieli bowiem zwyczaj otwierać listy skierowane do władz niemieckich, a potem do bezpieki z UB, niszczyć je, a niekiedy ostrzegać zainteresowanych. Listonosz mówił, że anonimów było bardzo dużo. Niestety, kilkadziesiąt lat później, kiedy chciałem uczcić owego listonosza, nie udało mi się nawet ustalić jego nazwiska…).

* * *

Mam nadzieję, że mimo różnych oporów wspólnota europejska wciąż powstaje. I mam nadzieję, że właśnie w okresie jej powstawania wychowanie patriotyczne jest czymś ważnym. Ale do historii należy podchodzić z głęboką uczciwością. Do napisania tego tekstu skłoniła mnie obecna atmosfera – chęć bezmyślnego gloryfikowania naszej przeszłości. Przeszłość ta była różna. Jak w każdej społeczności: były, są i będą męty społeczne – przestępcy, zbrodniarze. Rzecz w tym, by i o tym mówić i pamiętać. A także: by tych, którzy mają odwagę uczciwie zajmować się historią – nie tylko bohaterską i piękną, ale i kompromitującą – nie odsądzać od czci i honoru.

Na pewno w czasie okupacji było w różnych rejonach różnie. Najwięcej słyszymy o Jedwabnem. Nie wiem akurat jak było w Jedwabnem i okolicznych miasteczkach. Ale gdyby sądzić o postawach i działaniach wobec Żydów już tylko na podstawie „Dziennika” dr. Klukowskiego, to mogło być i tak, jak pisze prof. Jan Tomasz Gross. Dlatego mój głęboki sprzeciw budzi sformułowany niedawno wniosek do Prezydenta o odebranie Grossowi polskiego odznaczenia.

Uczciwe wychowanie patriotyczne jest ważnym, ale i trudnym zadaniem. Nie bardzo wierzę w sukcesy szkoły w tej dziedzinie. Chciałbym, żeby wpajanie patriotyzmu nie wpływało na zafałszowanie historii. Jeżeli chodzi o stosunki polsko-żydowskie, które są znacznym elementem naszych dziejów, to dokonaliśmy już wystarczająco dużo dla zapomnienia: przemilczając a nawet fałszując ich historię. Teraz jest czas, żeby uzupełnić ten obraz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s