Czy powrót lekarzy do szkół jest realistyczny?

Ostatnio rządy (już nie tylko nowy, ale i poprzedni) postulowały wprowadzenie powrotu lekarzy do szkół. Postulować łatwo – a jeszcze łatwiej było zniszczyć to, co już było. Ile oszczędności! Ponownie zorganizować medycynę szkolną nie będzie łatwo. Wiąże się to z kosztami, ale też z brakiem zapału lekarzy do pracy w szkole. W latach sześćdziesiątych nie było łatwo zachęcić lekarzy do pracy w szkole. Już łatwiej było nakłonić do sporadycznych wizyt i badań kontrolnych – których praktyczne znaczenie dla ucznia było jednak dość dyskusyjne.

Uczestniczyłem w tworzeniu medycyny szkolnej. W tworzeniu atmosfery wokół pracy lekarza  W  S Z K O L E. Pamiętam, że trwało latami aż stworzyliśmy środowisko, grupę lekarzy którzy widzieli sens swej pracy i w niej swą przyszłość. Dziś o tym wspomnę tylko bardzo krótko.

W PRL było kilku prominentnych lekarzy, którzy widzieli sens i potrzebę opieki lekarskiej nad uczniem. By wymienić tylko tych najważniejszych: ówczesnego rektora AM prof. Marcina Kacprzaka i dr. Klemensa Sokala. Akurat obaj różnili się szczegółami koncepcji, ale nie zasadą. Potem przyszło młodsze, już powojenne pokolenie: Leszek Zdunkiewicz z PZH, Jerzy Serejski (często zmieniał miejsce pracy), a może przede wszystkim prof. Jerzy Rzepka z Katowic. Ten ostatni organizował niezwykle ważne coroczne konferencje szkoleniowe: tzw. „Rzepkówki”. To tworzyło atmosferę, środowisko, nadawało rangi działalności lekarzy szkolnych. „Rzepkówek” było 35 (!), aż do końca istnienia medycyny szkolnej. Nieskromnie do tego grona zaliczyłbym i siebie – mając już dość mocną pozycję w pediatrii wybrałem marginalną wówczas medycynę szkolną.

Może tyle historii. Była rzesza lekarzy szkolnych, były poradnie międzyszkolne, placówki naukowe. I była atmosfera temu wszystkiemu sprzyjająca.

Koncepcja dr. Sokala przewidywała obecność w szkole tylko pielęgniarki – higienistki, wspieranej w pracy przez przychodnie międzyszkolne. Moja koncepcja była może utopijna, ale sam ją realizowałem. Lekarz miał być także współnauczycielem, pedagogiem, a jego miejsce pracy to miała być szkoła. Zdaję sobie sprawę z utopijności mojej koncepcji. Ale w praktyce było coś pośredniego – i działało.

Jak to wyglądało? Była higienistka szkolna na pełnym etacie – jedna na tysiąc uczniów. I był lekarz, który miał pod opieką dwa tysiące uczniów –a więc przeważnie dwie szkoły. I był w każdej szkole gabinet lekarski. Tam dokonywano badań okresowych, szczepień ochronnych i udzielano pierwszej pomocy. W wielu szkołach personel gabinetu był także nieformalnie ośrodkiem wiedzy, porad dla nauczycieli – często uczestniczył w edukacji seksualnej. Bo był wtedy ważny i cenny przedmiot „przysposobienie do życia w rodzinie”, z czym nie wszyscy nauczyciele dobrze sobie radzili.

Był też – i to szczególnie ważne – gabinet dentystyczny. Były przeglądy stanu uzębienia: wczesne leczenie próchnicy, profilaktyka. Dziś korzystanie z pomocy stomatologów stało się rarytasem dla zamożnych i praktycznie obejmuje (dzięki prywatnej interwencji zamożnych rodziców) tylko zaawansowane stany chorobowe (jak dzieciaka bolą zęby i jak ma już zaniedbaną próchnicę, często ze zmianami ropnymi ). Zaniedbane stany chorobowe zębów są jak wiadomo przyczyną różnych poważnych schorzeń, których już prawie nie było – no i cierpień dzieci. Uważam, że likwidacja szkolnej stomatologii jest największą zbrodnią w stosunku do młodego pokolenia.

Czy szkolna służba zdrowia była idealna? Nie. Było wiele do poprawienia, wiele do zmienienia i udoskonalenia. I to się stopniowo działo. Po kilku latach była już rzesza lekarzy autentycznie zaangażowanych, nietraktujących (jak w początku lat sześćdziesiątych) pracy w szkole jako zesłania. I były poradnie specjalistyczne, środowisko naukowe, kontakty międzynarodowe – kongresy medycyny szkolnej i akademickiej w ramach Międzynarodowej Unii Medycyny Szkolnej. Nasz model, organizacja i dorobek liczyły się w świecie naukowym. Jeden kongres odbył się w Polsce.

To. co opisałem, działało przede wszystkim w dużych i średnich miastach. Na wsiach było gorzej, ale był postęp i z czasem dorobilibyśmy się i skutecznej opieki medycznej nad uczniem na wsi.

To wszystko kosztowało. To oczywiste. Efekty były mało spektakularne (poza stomatologią). Kiedy więc jedna „uczona” wróciła z Ameryki i oświadczyła, że szkolna służba zdrowia w takiej postaci nie jest potrzebna – ówczesne władze aż poskoczyły z uciechy. „Uczona” twierdziła, że o stan zdrowia i regularne przeglądy lekarskie (zwłaszcza stomatologiczne) mają dbać rodzice, że w Stanach Zjednoczonych tak właśnie jest (wątpię w skuteczność i powszechność takiego modelu…). A więc: że lekarz w szkole jest niepotrzebny.

Władze dostrzegły szansę dużych oszczędności. Podjęły decyzję wbrew opinii pediatrów. A przede wszystkim wbrew środowisku medycyny szkolnej. I tak się stało właśnie jeszcze w PRL. Pamiętam ostatnią „Rzepkówkę”, kiedy walczyliśmy rozpaczliwie o zachowanie status quo. Ale korzyści dla budżetu przeważyły. Niedostatki i być może błędy w działaniu szkolnej służby zdrowia ułatwiły podjęcie decyzji. Niszczyć zawsze łatwiej…

Obecnej władzy zabraknie pieniędzy na spełnienie obietnic. Najłatwiej będzie zaoszczędzić na tej dziedzinie. Działalność szkolnej służby zdrowia jest mało spektakularna (poza rozwiązaniem problemu leczenia zębów). Dlatego o jej dalszy brak nie będzie awantur. A szkoda.

Dla mnie łączenie medycyny z pedagogiką było pasją zawodową. I na starość mam wiele przemyśleń także na temat. Miło wspominam swoją pracę, marzy mi się lekarz-pedagog w każdej szkole. Przy obecnym poziomie zawodowym mogłaby to być choćby pielęgniarka-pedagog.

Mam głębokie (realistyczne i pesymistyczne) wyobrażenie „głosu wołającego na puszczy”. Ale może kiedyś… Tymczasem pamiętajmy, że medycyna szkolna w Polsce ma długą tradycję. Zainteresowanych odsyłam do Grzegorza Piramowicza i Jędrzeja Śniadeckiego – to osiemnasty i dziewiętnasty wiek, prekursorzy. Jest też bogata literatura bardziej współczesna. Odsyłam do podstawowej pracy historycznej na ten temat: „Higiena i medycyna szkolna w Polsce wczoraj, dziś, jutro” / Wiesława Leśnikowska-Ścigalska. – Mysłowice: Górnośląska Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Kardynała Augusta Hlonda w Mysłowicach, 2004.

O powrocie lekarskiej opieki nad uczniem mówi się już dość długo. Mówi się – ale nic nie robi. Bo zwłaszcza zorganizowanie szkolnych gabinetów stomatologicznych (to najważniejsze!) musi kosztować. I to niemało. Wyposażenie gabinetów – to, co było – gdzieś przepadło (zresztą to już wiele lat…). Tworzenie nowych to duże pieniądze. Boję się, że albo nadal nie zrobi się nic – albo że zaistnieje działalność pozorna. To oczywiście byłoby najgorsze.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s