O tym jak ateista z Żydem poszli na mszę do katolickiej parafii.

Kiedy w latach 1970. i 1980. jeździłem do pracy na Uniwersytet w Kolonii, moi przyjaciele namówili mnie na wyjazd do holenderskiego miasteczka przygranicznego – Venlo. Żeby było ciekawiej, to głównym propagatorem był Dov Gafni (Bernard Wajntraumb), Żyd polskiego pochodzenia, przed wojną syn bogatych kupców zbożem z Wieliczki – jedyny, który jako nastolatek przeżył z całej rodziny Holocaust. Był stypendystą UNI – Koln, praktykującym Żydem z Izraela. Bardzo żeśmy się zaprzyjaźnili, i on właśnie głównie nalegał, bym z nim wybrał się na mszę do Venlo.

Pojechałem – a wrażeń, jakie tam odniosłem nic nie zatarło.

Parafia młodzieżowa w Venlo była prowadzona przez księdza katolickiego (co podkreślam) Leo Breuren. Ksiądz ten – z którym się serdecznie zaprzyjaźniłem i który mnie odwiedzał w Warszawie – był wtedy może kilka lat starszy ode mnie.

Parafia młodzieżowa nie miała swego rewiru, po prostu skupiała młodzież. Na ogół już nieco starszych nastolatków – ale w mszy udział brało także sporo ludzi dorosłych, niekiedy całe rodziny z dziećmi. Kościół parafialny z wierzchu wyglądem odpowiadał przeciętnemu kościołowi późno- gotyckiemu. Inność zaczynała się wewnątrz.

Przaśny, dębowy duży stół stał na środku kościoła. Na stole tym początkowo nie było nic, a kiedy ofiarowałem Parafii ludową rzeźbę Chrystusa Frasobliwego – figura ta stanowiła jedyną dekorację.

Dokoła wnętrza kościoła stały rzędy krzeseł nieco amfiteatralnie. Tam, gdzie zwykle bywają prezbiteria, było wzniesienie – i tam stał chór, a często i wybitni soliści. Mam płytę z nagraniem chóru parafialnego: śpiewali pięknie, a częste były –jak wspomniałem – występy solistów, śpiewaków operowych. W porównaniu z obrzydliwym, obrażającym chyba nie tylko słuch ale i Boga wyciem i skamleniem w polskich kościołach katolickich – msza była występem o wysokich walorach artystycznych. Śpiewali zresztą nie tylko w czasie mszy –ale i przed, i po.

Proboszcz, ksiądz Leo, występował w cywilnym ubraniu. Stał na schodach wejściowych i wszystkich przybyłych witał uściskiem dłoni. Do każdego miał coś do powiedzenia, jakieś pytanie w stylu: „No jak Ci poszedł egzamin?” lub „A co z Haną – czemu jej dzisiaj nie ma? Chora?” – itp. Wszyscy ustawiali się w kolejkę – widać było, że serdeczne i osobiste powitanie należy do obrządku i sprawia uczestnikom radość.

Nas przywitał niezwykle serdecznie, z Dovem się wycałował – przedstawiony mu przez Dova byłem niezwykle serdecznie witany. I zadał mi kilka pytań. O Polskę, gdzie aktualnie mieszkam (mieszkałem w pobliskim, nadgranicznym miasteczku niemieckim Viersen), kim jestem z zawodu, co robię na Uni –Koln.

Kiedy kościół już się zapełnił, Leo podszedł do ołtarza (tego stołu) i wdział białą sutannę – opończę z kapturem, ale bez ozdób i haftów. Strój ten podała mu dziewczynka – bo w ogóle do mszy, o ile tak można to nazwać, służyły takie 11- czy 12-letnie dziewczęta. „W cywilu”, bez komży.

Leo podszedł do stołu, chór zamilkł i serdecznie powitał gości. Ku mojemu zdziwieniu powitał szczególnie, imiennie, Dova , którego (Żyda!) znali. I mnie, jako przybysza z Polski. Rozległy się oklaski a Leo zaprosił mnie do ołtarza. Po niemiecku poprosił, bym powiedział parę słów powitania. Zapytałem – w jakim języku? Wtedy Leo zapytał wiernych, czy ktoś zna polski. Nikt nie znał. Powiedział wtedy do mnie, że to nie szkodzi. To ciekawiej, bym powiedział po polsku, a potem przetłumaczył na niemiecki (wszyscy chyba znali niemiecki). Powiedziałem kilka zdań szczerze zaszokowany. Powiedziałem, że nigdy nie uczestniczyłem w podobnej mszy – i na koniec, że przepraszam, ale jestem ateistą. To nie miało znaczenia – rozległy się rzęsiste brawa a wielu uczestników kiwało do mnie (i stojącego obok Dova) rękami. Zasiedliśmy w rzędzie. Takie (może mniej uroczyste) powitania u ołtarza były stałą tradycją. Kiedy udział w mszy brali także profesorowie z Kolonii (a lubili to niektórzy), Leo też witał nas po imieniu i wyrażał radość z naszej obecności (Żyda i ateisty…).

Mszę w znacznym stopniu „sprawowali” (jak to w nowomowie lubią nazywać polscy księża) młodzi „cywile”. Oni – dziewczęta i chłopcy – czytali teksty, dyrygowali chórem i zbiorowymi pieśniami. Leo stał przy ołtarzu i bardzo emocjonalnie uczestniczył, ale nie dyrygował.

Zbliżył się moment krytyczny. Dziewuszki przyniosły z zakrystii płaskie koszyczki (jak na owoce) i puszkę z wiatykami. Leo nałożył do koszyczków opłatki –i dziewczęta roznosiły je po kościele. Rzecz odbywała się tak, że kolejno – każdy brał opłatek, połykał go, a koszyczek podawał sąsiadowi. W ten sposób koszyczki zaczęły zbliżać się do nas – a ani ja (ateista) ani Dov –sądziłem –nie powinniśmy uczestniczyć w konsumpcji. Zapytałem cicho Dova: „Co robimy?”. Na co on odpowiedział spokojnie: „Jak trafisz między wrony, krakaj jak i one” –i opłatek zjadł… Potem powiedział mi, że skoro małe dzieci brały opłatki z koszyczków, to nie ma powodu, byśmy akurat my czynili demonstrację…

Po mszy Leo zdjął opończę, zainicjował jeszcze parę pieśni dyrygując sprzed ołtarza, potem coś mówił, a potem mówili wywołani przez niego uczestnicy. A dziewczęta roznosiły na tacach do wyboru – herbatę lub kawę. Rozpoczęła się powszechna rozmowa. Nic nie rozumiałem, ale przypominało to klub  – no, wprost życie towarzyskie.

Co zauważyłem: Leo cieszył się ogromnym szacunkiem i autorytetem. Nie miało to jednak nic wspólnego z klękaniem i całowaniem w rękę biskupa… Było czymś naturalnym, oczywistym.

Owa msza (bo jednak była to chyba msza) zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Po niej zostałem zaproszony na plebanię, gdzie było już trochę mniej osób – jak się okazało, z rady parafialnej – i podejmowali jakieś dyskusje i decyzje. Przewodniczyła temu (mało formalnemu gremium) kobieta około pięćdziesiątki, niezwykle miła i taka jakaś filigranowa (mnie kojarzyła się z kwiatem – bywają takie irracjonalne skojarzenia). Okazało się potem, że nazywa się Eti – i jest wdową z dwojgiem dorastających dzieci. Jest jakby szefem (ale lepiej – „duszą”) owego zgromadzenia. Rada parafialna miała doniosłe znaczenie – ona podejmowała wszelkie gospodarcze decyzje, ustalała budżet w oparciu o coroczny podatek kościelny wiernych, wyznaczała pobory Leo i Eti, która prowadziła administrację. Ż a d n y c h  o p ł a t – p o z a  o w y m  r o c z n y m  p o d a t k i e m – parafia nie pobierała.

Jak ustaliłem po pewnym czasie, Leo mieszkał z Eti i jej dziećmi i pełnił niezwykle starannie, wprost wzorcowo, rolę głowy rodziny i wychowawcy dwojga dzieci. Jak wiem, oboje ukończyli studia i rozpoczęli samodzielne życie dorosłe. Leo okazywał publicznie Eti wiele serdeczności (i wzajemnie) i patrząc na nich myślałem melancholijnie, że był to piękny wzór życia rodzinnego, tak rzadki wśród polskich katolików.

Działalność Leo i parafii młodzieżowej nie ograniczała się do niedzielnych spotkań. Parafia prowadziła w Venlo kilka domów dla bezdomnych, uciekinierów z domów rodzinnych a być może i nieletnich przestępców. Domy te pochodziły z spadkowych zapisów i były prowadzone społecznie przez samą młodzież. Umowa z policją była taka, że przeze trzy doby lokator, który zgłosił się do hospicjum (tak to chyba najlepiej nazwać) korzystał z wyżywienia, oprania, czasem dostawał odzież – i przez trzy doby nikt go o nic nie pytał. Po trzech dniach zapraszano na rozmowę, pytano, jakie ma plany i jakiej pomocy potrzebuje. Dopiero wtedy policja interesowała się klientem – ale pobyt w domu parafialnym i pomoc pedagogiczno-społeczna, a często i gwarancja parafii, znacznie łagodziły nawet kary za ewidentne przestępstwa popełnione przed ucieczką do hospicjum.

Leo był niezwykle popularny w mieście. Po pomoc i poradę zwracali się do niego masowo mieszkańcy. Był opiekunem (psychologiem?) klubu piłkarskiego. A żeby przybliżyć go realnemu życiu powiem, że bez przerwy palił na przemian papierosy i cygara – i był niezwykle emocjonalny. Zarówno cieszył się jak dziecko, jak i groźnie oburzał – a może i przeklinał (nie wiem, bo po holendersku).

Leo był w Warszawie. Akurat było to parę tygodni po wprowadzeniu stanu wojennego. Odmówił dwu pokoi w hotelu – powiedział mi, że nie jest zakłamany i z Eti mieszkać będzie w jednym pokoju. Był przygnębiony tym, co zobaczył. Akurat zima była mroczna, brudna i ponura… Bardzo przejął się naszą sytuacją. Zapragnął spotkania z moimi studentami. Przyszedł ich tłum. Była burzliwa dyskusja. Zapamiętałem, że na pytanie: „Jak parafia jego szerzy Dobrą Nowinę?” – nie bardzo wiedział, o co pytają. A potem dość brutalnie powiedział, że w przeciwieństwie do wielu katolików oni nie gadają o „Dobrej Nowinie”, a szerzą pomoc, oparcie potrzebującym. I powiedział, że chyba tym się różni (o ile zdążył się zorientować) polski katolicyzm od działania jego młodzieżowej parafii.

I na koniec (a mógłbym napisać spory tomik wspomnień…): Leo miał stałe konflikty ze swoim biskupem. I nie lubił papieża Wojtyły. Powiedział wprost, na spotkaniu ze studentami, że (przepraszam…): „Wojtyła to oszust! Gdyby przed konklawe powiedział jasno jak jest konserwatywny i przeciwny postępowi w kościele – nigdy by papieżem nie został…”. Bałem się to dosłownie przetłumaczyć i powiedziałem tylko, że Jan Paweł II nie określał się jasno przed konklawe.

Oczywiście był bardzo zaangażowany w pomoc dla Polski w stanie wojennym i na każdą prośbę o leki czy temu podobne reagował natychmiast.

Jak wspomniałem, nie jestem katolikiem. Kto wie, czy gdybym wcześniej i bliżej – w kraju – poznał Leo Breuren, Eti i tą wspaniałą, zaangażowaną młodzież – kto wie, co by było? Moja znajomość z tą grupą Holendrów została na zawsze w mojej pamięci. Leo – to według mnie prawdziwy  Ś W I Ę T Y.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s