Uprawiałem szczepionkowy zamordyzm i jestem z tego dumny: w odpowiedzi Tomaszowi Terlikowskiemu.

W „Rzeczpospolitej” pojawił się pod atrakcyjnym tytułem „Szczepionkowy zamordyzm” tekst Tomasza Terlikowskiego. Okazuje się, że jest on także fachowcem od raka narządów rodnych kobiet – i ma w tej sprawie jasny pogląd. O szczepieniach pisałem już na pewno dwa razy, może więcej. Oczywiście nie mam pojęcia o raku dróg rodnych (i nigdy nie miałem). Nie mam więc takiej pewności (i wiedzy?) jak red. Terlikowski. A więc na początek – uwaga! – nieco edukacji seksualnej. Będzie to anegdotka, choć temat nie usposabia do wesołości. Ale wiąże się z profilaktyką nowotworu, o którym mowa.

Otóż w  R A J U  N A  Z I E M I, w USA w latach 60. i 70., masowo dokonywano obrzezań męskich kutasów (nie wiem dlaczego to określenie znane i z „Pana Tadeusza” ma dziś konotację chamską). Uznano, że jest podstawa do poglądu, iż partnerki obrzezanych facetów nie chorują na schorzenia pochwy – w tym raka. I pamiętam jak moi przyjaciele pytali mnie ze stypendium w USA, co o tym sądzę. Nie wiem, czy ulegli modzie (i czy ta dalej panuje – sądząc z obrazów porno chyba nie?). Ale pytałem przewrotnie, czy może wystarczyłoby nauczyć chłopców, by parę razy dziennie myli obszar pod napletkiem. Bo istotnie, nie można przecież było wykluczyć, że te infekcje wywodziły się właśnie z niedostatecznej higieny osobistej.

Nie mam pojęcia o wartości szczepień przeciw rakowi dróg rodnych. Ale wspominając swe doświadczenia sprzed pół wieku wiem jedno: trzeba – bo nie ma na to rady – słuchać fachowców w danej dyscyplinie. Oni mają warsztat naukowych badań. Nie sądzę, by dzisiejsi polscy badacze byli takim bydłem, by dla pieniędzy producenta narażać kobiety.

Przeczytajcie „Szczepionkowy zamordyzm” – choć to już sprzed paru dni. W tytule fajne słowo: tak, w czasach o których piszę (bom tu akurat kompetentny) uprawialiśmy właśnie zamordyzm. Zmuszaliśmy do szczepień BCG noworodków. I ja to robiłem w Gorlicach. I, proszę redaktora, jestem z tego dumny! W tej odległej przeszłości byłem ordynatorem oddziału dziecięcego. Wtedy często mieliśmy przypadki różnych form gruźlicy. Najgorsze było zapalenie opon mózgowych – sto procent zgonów. I wtedy zaczęła się intensywna walka o szczepienia BCG (przeciw gruźlicy). I były wielkie opory: nie u ludzi prostych, a wśród inteligencji (a jakże!) – w tym i u części personelu szpitala. Bywało, że położne zamiast szczepić – szczepionkę wylewały do zlewu. Ale zaświadczenie wydawały – nie muszę tłumaczyć, jak praktyka taka komplikowała statystyki skuteczności. Zwalczyliśmy ten opór. Po latach gruźlica dzieci prawie znikła. Niech nikt nie mówi, że to Dobry Duch uczynił. To właśnie  S Z C Z E P I O N K A  BCG!

Chorobą, której strasznie się baliśmy – bo rozpoznanie było niezwykle trudne – był dyfteryt. I na tę chorobę marło wiele dzieci. Zasługą szczepień jest, że dziś lekarze nie wiedzą już jak to wygląda. Dyfterytu nie ma (choć podobno pojawia się znowu, bo powszechności szczepień zaniechano).

Zaznaczam do znudzenia: nie jestem autorytetem od klinicznej medycyny już pewnie pół wieku. Ale apeluję (zdroworozsądkowo): niech rodzice słuchają zaleceń fachowców, a nie red. Terlikowskiego. No, chyba że liczą na „prawo naturalne” i „co ma być – niech będzie”. W takim razie na pewno nie zachęcam, by sprzeciwiać się woli Bożej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s