Leszek Gasztych: żeglarz, wychowawca na miarę Korczaka. Takich już nie będzie.

Zmarł Leszek Gasztych. Już pomijając, że był to jeden z moich najbliższych przyjaciół – był człowiekiem niezwykłym, budzącym podziw i szacunek. Ale po kolei.

Umierając miał 88 lat. Od kilkunastu lat był chory na nowotwór – następnie naświetlany. Przed niewielu laty pojawiły się objawy choroby popromiennej. To niesłychana rzadkość, by negatywne skutki napromieniowania pojawiały się dopiero po tak wielu latach. Sprawiał też kłopot lekarzom – stan jego wymagał intensywnej terapii, ale był to przypadek na tyle nietypowy, że nawet specjaliści mieli z nim kłopoty. Leszek jednak twardo walczył o swoje życie i zdrowie. I dzięki temu żył dobrych parę lat dłużej niż byłoby mu pisane – i niż prognozowali lekarze. Znakomita większość analogicznie cierpiących zrezygnowałaby z leczenia – ale nie on!

Z zawodu geodeta. W pracy cieszył się szacunkiem – był przykładnym, wzorowym pracownikiem. Nie geodezja była jednak pasją jego życia. Tym, czemu oddał się całkowicie – czemu poświęcił swe życie osobiste – było żeglarstwo. A ściśle, żeglarstwo harcerskie. Od lat prowadził harcerskie drużyny żeglarskie, ale inwencja jego wykraczała daleko poza jedną drużynę.

Był niekłamanym autorytetem – „guru” harcerskiego żeglarstwa. Był inicjatorem i – prawie do ostatnich dni – działaczem Harcerskiego Ośrodka Wodnego i przystani na Cyplu Czerniakowskim. Był inicjatorem zdobywania sprzętu pływającego – przebudowywał z chłopcami szalupy zdejmowane z jednostek morskich na duże – jak na śródlądzie – jednostki pływające pod żaglami. Takim szczytowym osiągnięciem był chyba „Biały Słoń”, wspaniały jacht, którym z harcerzami pływał nie tylko na Mazurach (ukochany jego akwen), ale także po Wiśle – a nawet Dunajem: z Bratysławy do Delty czarnomorskiej. Był też współautorem opracowania kabinowych jachtów żeglarsko-turystycznych, plastikowych już, których konstrukcję nazwano „nadzieją”. Tych jachtów w Harcerskim Ośrodku Wodnym wybudowano kilkanaście (własnymi siłami i w znakomitej części własnymi środkami). „Nadzieje” spotkać można na Pojezierzu Mazurskim – pływają do dziś dnia (30 lat?).

To, co napisałem, to oczywiście jakaś laurka – ale to nie istota rzeczy. Są jeszcze dwie sprawy, które zmuszają do zastanowienia i wywołują głęboki szacunek.

Jedną jest pasja wychowywania. Wychowywania przez żeglarstwo i harcerstwo. Nie znam (nie wiem, czy jest) instruktora, który tak bez reszty poświęcałby się wychowywaniu. Bo Leszek był utalentowanym wychowawcą – a przy tym człowiekiem, który kochał to, co robił. Jeżeli całe swe pozazawodowe życie bez reszty poświęcał chłopcom z drużyny – to nie z poczucia obowiązku. On ich kochał – i oni to czuli. Dla wielu z nich był namiastką ojca. Takie efekty wychowawcze może osiągać tylko ktoś na miarę Korczaka: kto bez reszty kocha wychowanków, a oni podlegają jego wpływom czując to i doceniając.

Drugą sprawą jest niezwykła pasja żeglarska. Kiedy już jako człowiek leciwy, starzec, doszedł do wniosku, że wychowywanie chłopaków to nie zajęcie dla człowieka w tym wieku, poświęcił się całkowicie żeglarstwu. Był znany z tego, że na swej „nadziei” wypływał w maju na Mazury – i samotnie żeglując, mieszkając na łodzi, przebywał tam do późnej jesieni. Lato spędzał samotnie na łódce jeszcze i wtedy, kiedy był już ciężko chory.

Mawiał, że marzy, by odejść właśnie tak: w łódce, w samotności – na mazurskim jeziorze. Opatrzność zgotowała mu inne odejście – przez dwa ostatnie lata nie był już w stanie obsłużyć żagli; musiał często składać wizyty lekarzom, otrzymywał transfuzje, zabiegi – a to wykluczało samotność na Mazurach.

Kiedy odchodzi starzec, żal jest jakby zracjonalizowany – jeszcze bardziej, gdy od lat wiadomo, że jest śmiertelnie chory. Co parę tygodni czytamy nekrologi naszych przyjaciół – byłych instruktorów harcerskich. Tak też setki warszawskich byłych harcerzy-żeglarzy, czytając nekrologi wspomną Druha Leszka. Niektórzy wspomną przy tym i to, jak wpłynął na ich życie – na to, że są dziś tymi, kim są. Dzisiejsi młodzi, gdyby czytali nekrologi, pomyśleliby, że takich ludzi już nie będzie. Bo tak: z odejściem Leszka Gasztycha zwęża się krąg ludzi, jakich naprawdę już nie będzie. Zresztą nie będzie ich może i z niczyjej (personalnie) winy – po prostu czasy zupełnie inne.

I po stu latach znika na naszych oczach wspaniała organizacja – ruch, który istniał dzięki takim jak Leszek. I tego też żal. Ale jeśli istnieje jakaś forma świadomości już po odejściu – to Leszek i tacy jak on mogą mieć satysfakcję. Dokonali wielkiego dzieła. Przynajmniej to pokolenie, które ich żegna, zachowa o nich serdeczne wspomnienie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s