Żeglarstwo: kiedyś samograj wychowywania, a dziś burżuje i chamy?

Przeczytałem dziś w internecie o zjeździe (zlocie? spływie?) wielkich żaglowców. I przypomniało mi się, że wiele lat temu (30? 40?) była już taka impreza. Było ich oczywiście wiele – ale ta była dla mnie szczególna. Spotkaliśmy się w kilkadziesiąt jachtów w Kopenhadze i płynęliśmy do Gdyni. Ja wtedy byłem czynnym instruktorem i prowadziłem dość wyróżniający się (hmm… ze skromnością kiepsko…) harcerski Szczep Żeglarski przy żoliborskim Liceum im Lelewela. I zostałem zaproszony na „Zawiszę Czarnego”, bym popłynął jako załogant i lekarz.

Żeby od razu zakończyć sprawę owego rejsu – regat – stwierdzam, że nasz „Zawisza” był niezwykle poczciwy i pożyteczny, ale do wyścigów się nie nadawał. Jak zawsze (chyba) przypłynęliśmy ostatni – i ledwo zdążyliśmy na uroczystości. Co prawda na Bałtyku wynurzyła się polska łódź podwodna i – może żartobliwie? – zaoferowała hol, byśmy podgonili inne jachty. Bo większość była już wtedy w Gdyni. Kapitan Frąszczak („Fronchal” – ciekawe czy żyje?) dumnie odmówił. No i dotelepaliśmy się samodzielnie na żaglach.

Dziś piszą i pokazują zdjęcie największego szkolnego żaglowca świata. To „Siedow”. Zdjęcie marne, więc nie wiem, czy to wciąż ten sam typ żaglowca, co wtedy – ale na pewno jeden z ostatnich windjammerów, czyli „pogromców wiatru”. Tamten zwał się „Kruzensztern” – i był zdobyczą wojenną z niemieckiej floty. Wówczas jachty zwiedzało się, ale tego radzieckiego „Kruzenszterna” to tak nie najchętniej nam pokazywali… A już załodze wyraźnie zabronili nawet z nami rozmawiać. Był i drugi – też wielki – radziecki żaglowiec „Towariszcz” (skąd go mieli – nie pamiętam).

Ten „Kruzensztern” należał przed wojną do grupy wielkich żaglowców flotylli z Lubeki. Przed wojną i w latach 1950. wszystkie nosiły nazwy na „P” („Pangani”, „Petschili”, „Pamir”, „Passat”, „Peking”, „Priwall”, „Pola” i „Padua”). Woziły różne towary z Australii i Ameryki Południowej. A przy okazji były statkami szkolnymi. Pływały dla Niemców i po wojnie, bo Rosjanie zabrali tylko „Padwę” i przemianowali na nazwisko rosyjskiego żeglarza Iwana Kruzenszterna.

W 1957 roku była straszliwa katastrofa. „Pamir” z kilkudziesięciu chłopakami (niektórzy zaledwie 15-letni, wszyscy z Lubeki) zatonął w czasie straszliwego sztormu na Atlantyku. Spośród 86 uratowało się sześciu. Musiał to być straszny szok i tragedia Lubeki. Jak zwiedzałem miasto, to pokazano mi kaplicę w kościele. Wiele lat po katastrofie wciąż robiła wstrząsające wrażenie. Na dębowych deskach przybite jest tyle żelaznych kutych krzyży, ilu było chłopaków na „Pamirze”.

A gdy wychodziliśmy „Zawiszą” z Lubeki – to mijaliśmy stojący przy nabrzeżu wielki jacht „Passat”, bliźniaczy tym wszystkim. I oddawaliśmy mu honory, a „Fronchal” opowiedział nam tę historię. Ten wielki jacht, co stał przy nabrzeżu, był w chwili katastrofy gotów do kolejnego rejsu z chłopakami z Lubeki. Ale nie wypłynął z portu. I nigdy później już nie wypłynął (podobno stoi do dziś jako hostel i muzeum). Był piękny żeglarski zwyczaj: oddawać mu honory. Ku pamięci chłopaków z „Pamiru”.

Ot, tak mi się przypomniało. Żeglarstwo to był wtedy wspaniały sport. Jak jest teraz – nie mam bezpośrednich obserwacji. Ale podobno za dużo jest i burżujów, i chamów, którzy to jedni i drudzy mają w d… piękną jachtową i żeglarską tradycję, zwyczaje, etykę. Przed laty żeglarstwo – często na własnoręcznie budowanych i remontowanych żaglówkach – było nie tylko przygodą, ale też wspaniałym samograjem wychowywania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s