Podpiszę apel o wyprowadzenie religii ze szkół, chociaż moich katechetów wspominam bardzo dobrze i widzę miejsce dla jednej godziny lekcji religii w tygodniu. Ale nie antywychowawczej.

Ostatnio pojawiła się inicjatywa zbierania podpisów pod petycją do Parlamentu. Podpisujący domagają się usunięcia katechezy ze szkoły. Trzeba 100 tysięcy podpisów, a myślę, że bez trudu można by zebrać i wiele więcej. Inicjatywie nie rokuję powodzenia, bo Parlament ten na pewno (a następny niestety chyba też) takiej decyzji nie podejmie. Trzeba by bowiem (i warto by!) zrobić więcej. Trzeba by wypowiedzieć umowę konkordatową. Zresztą już jej podpisanie i ratyfikacja budzi wątpliwości: nie tylko merytoryczne, ale i prawne (nie mówiąc o przyzwoitości…).

Choć apel o wyprowadzenie religii ze szkół popieram i podpiszę, to widzę miejsce dla jednej dobrze prowadzonej godziny lekcji religii w tygodniu. Jednak to, co jest obecnie, jest prawnym i społecznym dziwolągiem, a nawet głębokim szkodnictwem. Ja w swej młodości miałem taki przedmiot. Wtedy mówiło się o tym tylko „religia” – teraz wprowadza się coraz więcej dziwolągów językowych (ciekawe zresztą po co i dlaczego – to dygresja). Moich katechetów – księży a raz świecką nauczycielkę – wspominam bardzo dobrze. Byli taktowni, kulturalni i kompetentni. Nie byli nachalni i agresywni. Lekcji religii było o połowę mniej godzin niż jest dzisiaj, czyli właśnie jedna tygodniowo. Nie żałuję tych godzin, bo nauczyłem się bardzo wiele. I mitologii staro-żydowskiej (tak, tak – taki charakter ma „Stary Testament”). I dziejów i zasad chrześcijaństwa, a także historii Kościoła katolickiego. Nasza kultura, historia, literatura i sztuka tak są powiązane z tym, czego się uczyłem, że bez tej wiedzy miałbym kłopoty ze zrozumieniem wielu spraw: np. poezji staropolskiej, muzyki sakralnej czy historii sztuki.

Na pewno jestem za wyprowadzeniem tzw. „katechezy” z przedszkoli – dawniej nigdy zresztą jej tam nie było. Wychowaniem religijnym tak małych dzieci powinni zajmować się rodzice. Jest to analogiczne do tego, czego domagają się środowiska kościelne odnośnie edukacji seksualnej. Tyle że edukację seksualną chcą usuwać też ze szkół. Ja religię w szkole jestem skłonny pozostawić, ale katecheci nie mogą pełnić przy tym funkcji komisarzy czy nadzorców działania szkoły. Dziś sytuacje, w których sobie to uzurpują, nie należą do rzadkości. Nauczyciel religii musi być angażowany i kontrolowany przez dyrekcję szkoły i jej podlegać – jak wszyscy inni nauczyciele. Angażując nauczyciela religii, dyrekcja szkoły mogłaby (ale nie musiała) zasięgać opinii kurii – ale opinia ta nie powinna być dla dyrekcji szkoły decydująca. Nauczyciele muszą mieć normalne kwalifikacje (wiem, że kurie mogą „na pęczki” wydawać takie certyfikaty – ale nie o to chodzi). Programy nauczania muszą być zatwierdzane przez państwową władzę oświatową. Lekcje religii muszą być absolutnie dobrowolne i muszą (zgodnie zresztą z nieprzestrzeganą, choć istniejącą zasadą) odbywać się na pierwszej lub ostatniej lekcji. Praktyki wyznaniowe (rekolekcje, bierzmowania, pierwsze komunie) nie mogą odbywać się ani w szkole ani kosztem normalnych zajęć.

Ja w swej młodości miałem jedną godzinę religii tygodniowo – i uważam, że tyle wystarczy. W takiej formie, jak przedstawiam wyżej, religia w szkole mogłaby zostać. Ale jako działalność „eksterytorialna”. To znaczy, że jeżeli już tu jest, to nie może być opłacana z kasy szkolnej. Czy katecheci (jak słyszę) mają odprowadzać 20 procent poborów do kurii – to już ich sprawa i nic nam do tego. Rozumiem, że im więcej godzin, tym więcej finansów, jakie Episkopat czerpie dla swych funkcjonariuszy. Ale to nie powód, by były aż dwie godziny religii w tygodniu. (Nawiasem – martwi mnie jedno: likwidacja etatów dotyczyłaby nie tylko bogatego Kościoła katolickiego, ale i znacznie uboższych w naszym kraju parafii, na przykład prawosławnych. Czy nieliczni wierni utrzymają swego duchownego i swe zabytkowe cerkwie? Jak zapewnić im możliwość istnienia i działania?).

Myślę, że gdyby Episkopat przyjrzał się rzeczywistości, to sam by zrezygnował z nauki w szkole. Obawiam się, że  R E L I G I A  W  S Z K O L E  W  O B E C N E J  S Y T U A C J I  J E S T  N A J W A Ż N I E J S Z Y M  E L E M E N T E M  S Z E R Z Ą C E J  S I Ę  A T E I Z A C J I.  To akurat nie mój kłopot. Bardziej martwi mnie to, że antywychowawcze sytuacje na lekcjach są także działaniem ogólnie niekorzystnym wychowawczo. Uczniowie lekceważą sobie katechetów i zachowują się agresywnie, lekceważąco, często po chamsku. Jak często się tak dzieje? Podobno bardzo często. Skutkiem jest też zapewne też sianie w uczniach wątpliwości merytorycznych co do treści tak traktowanego przedmiotu. Tego nie było w katechezie przykościelnej. Katecheci, którzy prowadzili kiedyś naukę religii w kościele czy na plebanii, opowiadają, że panowała tam bardzo dobra atmosfera. W przeciwieństwie do tego, co dzieje się dziś w szkołach.

Jest jeszcze jeden problem – takiej subtelnej uczciwości. Przy wielu plebaniach pobudowano za pieniądze społeczne tzw. punkty katechetyczne. Były to na ogół bardzo ładne i funkcjonalne pomieszczenia typu szkolnego. Złośliwy nadzór budowlany PRL dbał o to, by spełniały wszelkie wymogi stawiane tego typu budynkom. Po wprowadzeniu religii do szkół pomieszczenia te z zasady zostały przez decydentów zagospodarowane w sposób nie mający nic wspólnego z oświatą i wychowaniem. Elementarna uczciwość – gdyby nauka religii pozostała w szkole – polegałaby na tym, by pomieszczenia te przeznaczyć na cele oświatowe czy wychowawcze. Warto tam stworzyć kluby młodzieży czy świetlice. Nawet wyznaniowe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s