Adopcja czy sierociniec?

Ostatnio dość głośno się zrobiło na temat adopcji dzieci. Ja kiedyś miałem z tym sporo do czynienia i mam przemyślenia. I oto moje rady.

1. Zanim ktoś zaczyna intensywnie szukać swych biologicznych rodziców czy rodzeństwa, trzeba dobrze się zastanowić. Wiele jest adopcji (szkoda, że tak mało) kiedy to adoptowany nie wie, że wychowują go biologicznie obcy ludzie. W takich wypadkach poinformowanie dziecka, że jest adoptowane, może spowodować głęboki szok i kryzys. Poszukiwanie matki, która oddała dziecko jako niemowlę – jest także wątpliwe moralnie. Dziecko wychowali co prawda obcy, ale dali wszystko co trzeba: ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa, już nie mówiąc o środkach materialnych. Wtargnięcie z informacją może zrobić masę krzywdy: widziałem to nie raz. Adoptowany raptem „odzyskiwał” prawdziwą rodzinę i często adopcyjni rodzice czuli się odrzuceni (a przynajmniej nie w pełni akceptowani). To dla nich krzywda. A takie „odkrycie” biologicznego srodowiska może być – i często bywa – także źródłem nieszczęść młodego człowieka.

2. Ja myślę tak: ludzie mają wiele dzieci (większość?) z „przypadku”. Często dopiero z upływem czasu akceptują swoje rodzicielstwo – i szczęśliwie są potem (nie zawsze…) dobrymi rodzicami. A adopcyjni rodzice? To zwykle ludzie, którzy naprawdę chcieli mieć dziecko – marzyli o tym, poddawali się niekiedy upokarzającym procedurom „kwalifikacyjnym”. Ich rodzicielstwo – choć nie biologiczne – jest głęboko ludzkie i zazwyczaj pełne ciepła, troski. Nie zaburzajcie tych układów! Ci ludzie na to nie zasługują!

3. Oczywiście, inaczej jest kiedy adoptowane dziecko ma już w chwili adopcji ileś tam lat doświadczenia (tragicznego – koszmarnego) sierocińca – który tak dumnie nazywamy Państwowym Domem Dziecka nr ileś tam… Ci wiedzą, że są adoptowani – ale też szokiem może być kiedy poznają swoją biologiczną matkę. W każdym przypadku trzeba bardzo dobrze się zastanowić i nie robić nic pod wpływem chwilowej emocji.

4. Kiedy pracowałem w naszej Przychodni Młodzieżowej na Nowogrodzkiej – uderzała nas ilość pacjentów pochodzących z adopcji. Byli to młodzi: nastolatki z reguły z późnych adopcji. Ich biografia w pierwszych latach to sierociniec. I jeżeli nawet (a tak było z reguły) pierwsze lata w rodzinie adopcyjnej były dla wszystkich uczestników „rajem” – to w wieku dojrzewania pojawiały się przedziwne – czasem przerażające problemy. I nie wynikały one z winy rodziców. Niekiedy jawiła się (jak strasznie krzywdząca!) niezawiniona nienawiść małolata do rodziców… To były straszne tragedie – i wyciągnęliśmy z tego taki wniosek: dziecko  p o w i n n o  być adoptowane możliwie natychmiast po urodzeniu. Uniknąć trzeba sierocińca – a już jeżeli nie ma wyjścia innego, to pobyt tam powinien być tak krótki jak tylko można. Dlatego zresztą jestem kategorycznym, bezwzględnym wrogiem Domów Małego Dziecka i nikt mnie nie przekona że pobyt tam nie jest głęboko szkodliwy (głównie emocjonalnie) dla niemowlęcia czy małego dziecka.

5. Może kogoś razić używanie przeze mnie określenia „sierociniec”. To nie przypadek. To właśnie wyraz głębokiego przekonania i kategorycznego oceniania rzeczywistości. Oczywiście problem jest wielki i nie na mały, powierzchowny wpis w blogu. Ale chcę wywołać refleksyjny stosunek do problemu – a może działanie w kierunku likwidacji Domów Dziecka? To możliwe i sobie to wyobrażam. Ale to już inny, też nie prosty, problem…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s