Przodujemy pod względem wiedzy naukowej o seksie Polaków… ale wiedzy tej nie udostępniamy w praktyce edukacyjnej!

W Warszawie odbywa się naukowa debata zorganizowana z okazji ukazania się kolejnej książki prof. Zbigniewa Izdebskiego. To mój uczeń.

A było tak:

Po nakazie pracy odbytym w gorlickim szpitalu przyjechałem do warszawy na stypendium tzw. „aspirantury” (wiecie co to było? na wzór radziecki coś na kształt doktoratu, ale – przyznać trzeba – o większych wymaganiach). Od mojej promotorki dostawałem kolejno trzy tematy badań – wszystkie bez sensu. Czas upływał, a ja głównie zajmowałem się udowadnianiem bezsensu tematu. Zbliżał się moment rozliczenia stypendium – a ja „w lesie”. I wtedy mój opiekun i (chyba tak mogę powiedzieć) przyjaciel, prof. Władysław Szenajch, zaproponował: „Wiesz co? Jak byłem studentem, to w roku 1898 mój kolega zrobił badania na temat zachowań seksualnych studentów. Powtórz te badania, porównaj co się zmieniło. To i ciekawe, i ‚załatwiłbyś’ doktorat”. I tak się stało.

Potem już co 12 lat starałem się badania powtarzać. (I nie wyobrażacie sobie jak wiele zmieniało się w tych odstępów czasu! To samo w sobie było pasjonujące. Może kiedyś opiszę). I tak – po 12 latach doktorat analogiczny (ale nieporównywalny!) zrobił Jerzy Radomski. A po kolejnych 12 latach zgłosił się do mnie nieznany nikomu młody nauczyciel z Zielonej Góry – Zbigniew Izdebski. I powiedział, że interesuje go problematyka edukacji seksualnej młodzieży i chciałby zrobić badania, ewentualnie doktorat, na ten temat.

I wsiąkł w tę tematykę. Okazało się, że jest człowiekiem dogłębnie zainteresowanym badaniami – i powoli, stopniowo stawał się autorytetem w tej tematyce i – tak jak być powinno – kompletnie przerósł swego promotora (czyli mnie). Stało się tak, że dzięki jego badaniom i publikacjom Polska jest krajem, w którym – bez precedensu w świecie! – wyjątkowo dużo wiemy na temat zachowań seksualnych, zwłaszcza młodzieży. Dorobek został dostrzeżony: został powołany w poczet członków rady naukowej Instytutu imienia Kinseya w Stanach Zjednoczonych. Zbyszku, nie zrażaj się sytuacją dysproporcji między wiedzą a praktyką edukacyjną (ścisle – jej brakiem!). Jesteśmy, dzięki Tobie i Twoim współpracownikom, przodującym w wiedzy o tej tematyce krajem. A nie mamy zbyt wielu porównywalnych sukcesów. Czasy sie zmieniają. Badania są potrzebne – nawet jeżeli ich wyniki drażnią niektórych „uczonych” i działaczy społecznych. Czekam na kolejne publikacje!

(Niestety, w debacie udziału nie będę brał, bo i wiek, i odległość. Wysłałem do uczestników list, który załączam.)

————————————————————

Andrzej Jaczewski, em. profesor UW

Drogi Zbyszku! Drodzy Organizatorzy Debaty!

Niestety , nie będę brał udziału w debacie : proszę o wyrozumiałość. Mój sędziwy wiek (i praktyczna likwidacja kolejowych połączeń) wpływają na moją decyzję. Chcę jednak, byście wiedzieli, że z życzliwością śledzę Waszą działalność. Od wielu lat (dziesiątków?) apeluję, by zaistniała tradycja – R A Z  W  R O K U  S P O T K A N I E  N A U K O W E!

Mieliśmy wzór: przez 35 lat prof. Jerzy Rzepka organizował w Katowicach „Rzepkówki”- a tradycja ta miała ogromny pozytywny wpływ na mało docenianą (i ostatecznie zaniechaną…) dziedzinę – medycynę szkolną. Dzięki tym zjazdom nastąpiła integracja środowiska.

Takie coroczne spotkania są płaszczyzną do przedstawiania wyników badań, przemyśleń, koncepcji. Ale poza tym są inspiracją. Wiedząc, że odbędzie się taki zjazd, wielu autorów podejmuje wysiłek przygotowania wystąpienia. Gdyby nie perspektywa prezentacji – wielu badań by nie podjęto, wielu by nie wykończono, wielu by nie opublikowano. To wielka wartość.

W jakimś stopniu taką jak kiedyś Rzepka rolę odgrywa prof. Zbigniew Izdebski. I chwała mu za to – wspierajcie, tak by utrwaliła się tradycja!

Korzystając z okazji , pragnę tchnąć w Was trochę otuchy. Nie żyjemy w łatwych czasach – wiem ile wysiłku trzeba pokonać, by opublikować jakieś materiały które decydentom (nie formalnym, ale tym z długimi łapami) się nie podobają. Napisanie mojej ostatniej książki było niczym w porównaniu z wysiłkami, by jednak ją opublikować. A nawet gdy pojawi się jakaś publikacja, to może jak nasz podręcznik (Zbyszka i mój) pójdzie na przemiał, podczas gdy byle jakie publikacje trafiają do szkół (mówię wprost o „dziele” p. Król). Taka sytuacja może nas demobilizować, zniechęcać, skłaniać do poszukiwania innej, łatwiejszej strefy działania. Ale ostrożnie!

Ja jako stary człowiek wspominam czasy , kiedy chłopcy masturbujący się trafiali z nerwicami do psychiatrów. A w Stanach Zjednoczonych (wciąż cytowanych przez p. Oko i jemu podobnych „uczonych”) dokonano kilkunastu  T Y S I Ę C Y  amputacji łechtaczki – dziewczętom, które mimo wysiłku, straszenia nie mogły powstrzymać się od masturbacji! Pamiętam pacjentów – chłopaków którzy „leczyli się” z powodu skłonności homoseksualnych. Pamiętam tych, których leczono elektrowstrząsami – i tych, którzy nie mogąc zmusić się do kontaktów hetero – dokonywali zamachów samobójczych.

To nie było bardzo dawno – no, pół wieku temu… By natchnąć was optymizmem, wspomniałem o tych strasznych czasach. Popatrzcie: dziś już masturbanci nie trafiają do psychiatrów, a geje i lesbijki jawnie żyją tak jak chcą, jak wyznacza im ich natura.

Za parę dziesięcioleci – dzięki Wam, Waszym wysiłkom – nastąpią dalsze przemiany obyczajowe. Ja osobiście marzę o rewizji przepisów Kodeksu Karnego – w zakresie zachowań seksualnych i paraseksualnych. A także o przemianach edukacyjnych. Głęboko wierzę, że tak będzie.

Pozwólcie, że na koniec mego listu przytoczę inwokację, jaką miałem zamiar zamieścić w swojej ostatniej książce. Zrezygnowałem… I bez tego 17 wydawnictw odmówiło mi jej wydania.

Inwokacja:

„Pamięci dziewcząt i Chłopców, którym odebrano urok i szczęście wchodzenia w swiat dorosłego erotyzmu – przesądami, terrorem, straszeniem, a także „leczeniem” i nawet okaleczając w imię chorej doktryny filozoficznej – której to doktrynie tylko nieliczni mieli odwagę i potrafili się przeciwstawić…”.

A żeby Was natchnąć do końca optymizmem dodam jeszcze: w badaniach Malewskiej (przełom 50-tych i 60-tych lat) prawie  p o ł o w a  badanych kobiet nie wiedziała co to orgazm, nie znało go. 40 lat później (Grodzki) tych nieszczęśliwych, odartych z szansy doznawania szczęścia było już tylko ok. 2 % !

Działajcie. W A R T O !

————————————————————

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s