Czy „doktorat” mgr. Goliszewskiego wystarczyłby na licencjat?

Pisałem już kiedyś, że zobowiązałbym uczelnie medyczne do wprowadzenia prac dyplomowych, a wszystkie uczelnie do publikowania wykazu obronionych prac. I to nie tylko tytułów, ale i krótkich streszczeń. Dokąd bowiem magistranci prowadzą badania i na ich podstawie się bronią – pisałem – to ich wysiłek (często znaczny) idzie na marne. Sam kilkakrotnie namawiałem moich magistrów, żeby opublikowali wyniki swoich prac magisterskich. Z reguły odmawiali, bo potrzebny był im tylko dyplom. Aspiracji i ambicji, by publikować, już nie mieli. Szkoda, bo prace magisterskie na Uniwersytecie Warszawskim były nieraz naprawdę warte upowszechnienia. 

Do Uniwersytetu Warszawskiego jestem wyjątkowo przywiązany. Jeżeli z czegoś w moim długim życiu byłem dumny – to z tego, że właśnie TU byłem profesorem. A właśnie na Uniwersytecie Warszawskim będzie w najbliższą środę głosowanie nad uchwałą w sprawie „doktoratu” Marka Goliszewskiego.

Doktorat powinien być ukoronowaniem dorobku – nie takim, ni stąd ni zowąd, wyskokiem. Powtarzam: ukoronowaniem dorobku, a więc jakby potwierdzeniem kompetencji, dowodem specjalności w danej problematyce. Razi mnie więc doktorat nie poprzedzony poważnymi publikacjami. Zanim ktoś obroni doktorat, powinien mieć liczne publikacje. Musi być „kimś” w swej specjalności. Oczywiście mogłoby być i tak, że doktorat jest stopniem dość popularnym (dużo osób z doktoratami jest na przykład w Niemczech). Ale mnie to się nie podoba: szerzej dostępne są tytuły zawodowe, nie muszą takie być stopnie i tytuły naukowe.

Oczywiście jestem pewien, że wiele bronionych w Polsce doktoratów jest nie na poziomie. Część z nich jest pewnie plagiatem. Część to oszustwa polegające na kupowaniu gotowych prac. Walczyłbym z tymi zjawiskami z całą bezwzględnością, a oszustów piętnowałbym i karał. Tropieniem oszustw mogłyby wręcz zajmować się wyspecjalizowane komórki „śledcze” na uczelniach.

Część „doktoratów” nie jest plagiatem i są to prace samodzielne, ale i tak nie powinny kończyć się przyznaniem stopnia. Na świecie pewnie sporo bywa i pod różnymi względami gorszych doktoratów niż „doktorat” Goliszewskiego. I być może ta cała sprawa to nic nadzwyczajnego. Obeszła mnie jednak szczególnie, bo dotąd wyobrażałem sobie, że może tak być na innych uczelniach… ale nie na Uniwersytecie Warszawskim! Naprawdę wolałbym prowadzić tę bardzo potrzebną dyskusję nie przy okazji przewodu doktorskiego prowadzonego akurat na UW… Oby więc to niespodziewane zainteresowanie mediów przyniosło skutek. 

Ostatni mój udział w publicznej obronie doktoratu był zaskoczeniem: nie padło ani jedno pytanie na temat sensu pracy i wyniku badań. Dyskusja była dość żywa, ale dotyczyła tylko metodologii. I właściwie trudno było na podstawie dyskusji w ogóle zorientować się, czego dotyczyły badania i co z nich wynikło. To już przesada. Metodologia jest ważna jako coś służebnego, uwiarygodniającego wyniki badań. Nie jest jednak sensem doktoratu sama w sobie. Doktorat musi dużo wnosić do wiedzy. Bywa oczywiście, że jest po prostu sprawnie zrealizowanym badaniem, z którego niewiele wynika. Ale nie tak powinno być. 

„Doktorat”, nad którym obradować mają na Uniwersytecie Warszawskim, nie jest poprzedzony naukowymi publikacjami. Ani nie jest oparty na badaniach prowadzonych według jasnej metodologii.

Może więc autor zasłużył chociaż na uniwersyteckie (to, które już ma, jest ze szkoły głównej) magisterium? Od ludzi pozostających na poziomie magisterium nie wymagałbym pracy badawczej. Magistrowie w swej znakomitej większości nie będą i nie mają być badaczami. Dla nich pisanie pracy opartej na badaniach własnych jest wręcz bez sensu. Oni powinni pisać właśnie prace poglądowe. 

W pracy magisterskiej (i już nawet w licencjackiej) musi jednak być przynajmniej rzetelny przegląd literatury. Nie może okazać się, że źródeł cytowanych w ogóle nie ma, albo że treściowo nie mają związku z pracą. Czytając wciąż różne teksty, nieraz chętnie wynająłbym fachowców do sprawdzenia wiarygodności cytat i przypisów. Mam na oku kilku uprawiających „cytatomanię” autorów (o dość szanowanych nazwiskach) i jestem (niestety) głęboko przekonany, że sprawdzając ich źródła trafiłbym w próżnię… Tymczasem już autorzy prac licencjackich powinni wykazać się swobodą operowania literaturą: umiejętnością doboru źródeł i ich krytycznej oceny. A także umiejętnością wyciągania wniosków na podstawie lektury. Bo takich właśnie umiejętności (a nie badawczych) będzie od nich wymagać dalsza ścieżka zawodowa bez doktoratu.

Czy więc rzeczony „doktorat” spełnia te kryteria i wystarczyłby na uniwersyteckie magisterium? A czy wystarczyłby na licencjat?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s