O seksie rozmawiać w szkole czy w domu?

Mój ostatni wpis („To edukacja seksualna zapobiega pedofilii! Skąd więc aż ćwierć miliona podpisów pod projektem opartym na nieuctwie?”) wywołał dużą dyskusję. Co prawda dyskusja „poszła” w inną stronę, bo ja chciałem dyskutować raczej o tzw. edukacji seksualnej w szkole niż o pedofilii. W tej sytuacji byłoby najlepiej, gdybym mógł przedrukować rozdział o pedofilii z mojej książki, może wzbudzi rzeczową dyskusję. Dziś wraca z urlopu moja Redaktorka, więc sprawdzę w Wydawnictwie, jak to jest z takim przedrukiem. Jak wydawnictwo pozwoli, to przedrukujemy cały rozdział w blogu (choć akurat nie uważam go za najważniejszy w tym moim ostatnim „dziele”).

Na razie jednak kilka uwag o edukacji seksualnej.

1. Tak mnie „naszło”: nazwa „edukacja seksualna” chyba nie jest najlepsza. Zawęża treści, a przecież chodzi o wiele więcej: o rozwój, dojrzewanie, o ciążę i jej higienę, o poród i pielęgnację noworodka i niemowlęcia, o karmienie piersią… Przeciwko takiej wiedzy w szkole chyba i najczarniejszy nieuk nie miałby podstaw protestować? A może dać wybór: uruchomić szkoły wyznaniowe i w nich katechezy ile rodzice zechcą, a nic o seksie? Tylko wydaje się (nie znam badań), że te szkoły, dotychczas przyzakonne, to kuźnia ateistów… No, ale to już nie mój kłopot.

2. Komentator Snakeinweb jest przeciw edukacji w szkole. Ma rację tylko wtedy, gdy jest dobra rodzina i dobry układ. Ale proszę wierzyć: w znakomitej większości rodzin taki postulat to kulą w płot! Czy ta młodzież, już pokrzywdzona tym, że ma kiepską (może wręcz fatalną) rodzinę, ma być pozbawiona jeszcze na dokładkę szansy na wiedzę? Ja zawsze zazdroszczę tym młodym, którzy mają wspaniałe rodziny i wszystko tam funkcjonuje dobrze. Ale wiem, że takich rodzin jest mało. No, fajnie jak są mądrzy rodzice i na dokładkę  p o t r a f i ą  z „dzieckiem” (nastolatkiem – a to już nie dziecko!) rozmawiać. I jeśli ów „dzieciak” c h c e  z rodziną rozmawiać (bo na ogół o tych sprawach to raczej nie chce). Wtedy to wszystko mogłoby być zadaniem dla rodziców. 

3. Tenże komentator wyzywa od bolszewików. Chybione! W Związku Radzieckim nie było cienia wychowania seksualnego – wiem, bo byłem tam kiedyś specjalnie po to, by się z radzieckim podejściem zapoznać. Panował (oficjalnie) kult dziewictwa, wstrzemięźliwości, zwalczanie gejostwa i antykoncepcji. Właściwie to między poglądami pedagogów radzieckich („bolszewików”) i naszych ortodoksów katolickich różnicy nie było. Proszę Pana (Pani?) Snakeinweb, by mi wierzyć: naprawdę tak było! Nie mogę się przy tym powstrzymać od samochwalstwa: byłem bardzo dumny, gdy pod koniec ZSRR wydali tłumaczenie moich trzech książek na rosyjski! Z tych dwu osobnych, dla dziewcząt i dla chłopców, zrobili jedną, mówiąc że to jest sprawa koedukacji, więc podział na dwie różne książki bezzasadny. Mam te książki po rosyjsku i jestem dumny, jak zresztą zwykle kiedy coś tłumaczą na obcy język. Nie zapłacili mi ani grosza, ale nie mam żalu (za to dobrze płacili Czesi: wznawiali kilka razy, ale nie pozwalali niczego, co bym kupił za honoraria, wywieźć do Polski – musiałem wszystko, naprawdę dużo pieniędzy, wydawać u nich; tak też bywałem „jednodniowym milionerem „!). Ale to dygresje.

4. A czy edukacja powoduje wczesną aktywność seksualną i w konsekwencji ciąże uczennic, jak ktoś pisał? Otóż w jednej szkole średniej było w jednym roku siedem ciąż uczennic. My ze Zbyszkiem Izdebskim, za pieniądze firmy Schering, wydaliśmy wtedy pół miliona (!) takich małych książeczek „Tajemnice inicjacji seksualnej”. Były darmowe. I w tamtej okolicy rozdaliśmy setki egzemplarzy. Jak się pojawiałem w okolicy, to zaczepiali mnie uczniowie i pytali, czy nie dałbym im tej „niebieskiej” książeczki. Leżały też na poczcie, w aptece, na parapecie w poczekalni ośrodka zdrowia. I po tej dystrybucji książeczek przez lata (do dziś?) ciąż uczennic w tamtej szkole nie było. Oczywiście nie mam dowodu, że to zasługa książeczek. Może zbieg okoliczności – bo może na przykład pojawiła się  m ą d r a  katechetka? Czy może była jakaś inna przyczyna. Zastrzegam – nie mam podstaw, by twierdzić, że to wpływ książeczek. Ale przyznam się, że tak na zdrowy rozum, nieodpowiedzialnie i nienaukowo, to sądzę, że jednak tak było i książeczki zadziałały.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s