Co to jest „prawo naturalne”? (preludium do rozważań). O tym, że tylko bardzo powierzchowna politura dzieli nas od zwierząt.

Ostatnio znajomy (też starzec) zapytał mnie, czy kontynuowałem swoje badania – i czy je opublikowałem. Było bowiem tak, że wiele lat temu opowiadałem moim przyjaciołom z Kolonii o swoich obserwacjach i przemyśleniach. Namawiali do kontynuacji. Nie kontynuowałem – bo (poza wszystkim innym), nie bardzo miałem jak. Bowiem moją poradnię („na Nowogrodzkiej”) ku radości szefowej zlikwidowano. Poza tym problematyka daleko wykraczała poza moją specjalność – i to mnie hamowało. Więc nie kontynuowałem. Nie publikowałem. Byłem może nieco nadmiernie powściągliwy, samokrytyczny (nie żałuję zresztą tego). Chcę więc powtórzyć jedno zastrzeżenie, które robiłem już wielokrotnie: tak, to prawda, że byłem profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i wykładowcą na Uniwersytecie w Kolonii, i jestem z tego dumny; ale to, o czym teraz będę pisał, ma się nijak do mojego fachu, kompetencji zawodowych i naukowych. I chciałbym, by tak to było odczytane. Tak – i tylko tak.

To, co teraz opiszę, potrzebne mi jest do dwu celów: chciałbym podzielić się swymi obserwacjami (sprzed lat – ale jednak) oraz do pewnych dalszych wywodów, które na podstawie tych i innych przemyśleń chcę poczynić.

Przed wielu laty zgłosił się do mnie były mój pacjent, chłopak około 20 lat, który właśnie wyszedł z więzienia na Białołęce. Wtedy było tam więzienie dla młodocianych i on tam trafił i odsiedział (niewielki zresztą) wyrok za kradzież. Przyszedł i powiedział, że chciałby opowiedzieć co działo się w celi. Bo wydaje mu się, że tak lub podobnie dzieje się we wszystkich celach, gdzie siedzą młodziaki. Relacja była wstrząsająca. Mój „referent” powiedział mi wtedy, że gdyby miał raz jeszcze trafić do celi, to popełni samobójstwo, bo tego co tam się przeżywa, tego piekła, by nie zniósł. Nie był on atletycznej budowy – nie pytałem go zresztą, ale sądzę że znajdował się albo na dnie drabiny hierarchicznej, albo w najlepszym przypadku blisko dna…

Cela była wyposażona w 6 pryczy – zamykano tam po 12 więźniów. Czyli zakładano, że będą spać po dwu. I spali. Choć nie wszyscy, bo „szef” (dziś nazwanoby go „alfa”) spał sam. W celi obowiązywała bowiem wyraźna hierarchia. A więc „szefowi” wszystko było wolno – wszyscy musieli mu usługiwać. Pozycje były dla wszystkich oczywiste, ale każdy mógł o nie walczyć. Stojący wyżej mógł pastwić się nad stojącym niżej. Ale na polecenie stojącego jeszcze wyżej od niego natychmiast musiał przystąpić do usług stojącemu wyżej. Każdy nowy więzień w celi musiał zawalczyć o pozycję i jasne, że wszyscy (włącznie z tym stojącym najniżej, zwanym c w e l e m) usiłowali go sobie podporządkować. Dochodziło do bójek – i miejsce w hierarchii było wynikiem tych rękoczynów, zresztą brutalnych. Od czasu do czasu pojawiały się próby przetasowania. Ktoś chciał awansować, więc zaczynał walkę ze stojącym od siebie wyżej. Jak mu się udało (tu niekiedy interweniował „alfa”), to zajmował wyższą pozycję. I natychmiast przystępował do poniżania tych, których wyprzedził. Wszystko, co działo się w celi, było ściśle uzależnione od ustalonego porządku.

Relacja ta była straszna. To co dla mnie jako seksuologa było zwłaszcza uderzające: praktyki seksualne powszechnie uprawiane (bardzo ściśle określone) nie służyły (przynajmniej najczęściej) realizacji skłonności homoseksualnych – były formą, manifestacją stosunku zależności, podległości: „mnie tam seks z tobą nie rajcuje, ale widzisz – pokazuję ci że jesteś dla mnie nikim i że mogę z tobą zrobić wszystko co tylko zechcę”. I rzeczywiście zadawano sobie wiele trudu, by wymyśleć formy jak najbardziej upadlających, poniżających aktywności. Różne formy masturbacji były na porządku dziennym, uprawiane po wiele razy na dobę. Spermę zbierano do „tutek” papierowych i wyrzucano przez okno. Pod oknami zalegały stosy owych tutek i były przez porządkowych zbierane i usuwane. Seksualnie usługiwano stojącym wyżej w hierarchii, choć relacjonujący zaznaczał, że jego „szef” nie gustował w seksie z chłopakami. Odnosił wrażenie, że były to działania z nudów i mające przy tym podkreślić jego pozycję w celi: „widzicie – ja  w s z y s t k o  mogę a wy macie mi słuzyć”. Najczęściej zmuszał, by obsługiwano go oralnie – była to forma masturbacji. Leżał na pryczy i stękał, że się nudzi… Przywoływał któregoś z więźniów i kazał sobie „obciągać”. Jeśli był z usługi niezadowolony, to kończyło się biciem a nawet okaleczaniem. Kiedyś w trakcie seksu wrzasnął, że obsługujący przygryzł mu penisa i polecił, by wybić mu przednie zęby, by coś podobnego się więcej nie trafiło. Usłużni podlegli więźniowie stołkiem wybili owemu niefortunnemu zęby.

Na nowych zastawiano pułapki. W celi był dzwonek, przy którego pomocy można było przywołać wartownika. Robiono sobie taką zabawę: stwarzano pozory, w których nowy, sponiewierany, mógł sobie wyobrazić, że jak wezwie strażnika to się uratuje. Dawano więc do zrozumienia, stwarzano pozory, że niby nic, może się do dzwonka podkraść i wezwać pomoc. Ale gdy chciał z niego skorzystać, okazywało się, że dzwonek był odłączony. Ale zdekonspirował się! Spuszczono mu więc „manto”, bijąc niekiedy do nieprzytomności, tak by już nigdy nie próbował się jakoś obronić, wzywając pomoc.

Zapamiętałem jeszcze jedną opowieść. „Alfa” leżał na pryczy i już skorzystał z obsługi seksualnej – ale się nudził. Wpadł na pomysł, by zarządzić pokazową walkę. Wyznaczył kto z kim ma walczyć wręcz. Ci oczywiście nie mieli wielkiego zapału, więc walka była bardziej markowana. Wtedy „alfa” zdenerwował się i polecił „im przyłożyć”, by przestali udawać i się oszczędzać. Posłuszni widzowie spuścili owym bojownikom „manto”. Jeden stracił przytomność, więc wetknęli jego głowę do sedesu i spuścili wodę – by go otrzeźwić…

Tak się złożyło, że w tym czasie zgłosił się do mnie drugi młodociany więzień zwolniony z kryminału. Tego pamiętałem dobrze – był przed wyrokiem przez pewien czas pacjentem i z wyraźną chęcią często przychodził i długo szczerze (chyba?) rozmawiał. W stosunku do niego miałem takie nieco mieszane uczucia: był trochę jakby wyrzuty z sumienia. Zachęciłem go do słuchania muzyki poważnej – i nawet pożyczyłem mu jakieś tam płyty. Zapragnął mieć porządny zestaw grający. Odszukał ogłoszenie o sprzedaży, poszedł obejrzeć, spenetrował mieszkanie – okazało się, że sprzedawcą jest samotny staruszek. Pieniędzy mój pacjent nie miał, postanowił dokonać napadu rabunkowego. I przyszedł z rurką metalową w gazecie; staruszka zdzielił w głowę… Cios był jednak słaby, staruszek nie stracił przytomności i zaczął krzyczeć, wybiegł na klatkę schodową – lokatorzy zbiegli się, zablokowali możliwość ucieczki, chłopaka zgarnęła milicja. Dostał kilka lat więzienia – i po wyjściu przyszedł mnie odwiedzić. Powiedział coś chyba ważnego: „Wie pan, siedziałem w pierdlu bo mi było staruszka żal… Gdyby nie to, łupnąłbym go tak mocno, że na pewno by stracił przytomność. Siedziałem za swoją dobroć, współczucie…”.

Zapytałem go o stosunki w celi. Relacja jego była zbieżna z tą już mi znaną. Siedział w jakimś większym kryminale, już nie pamiętam gdzie, działo się tam też więcej. Między innymi młodociani więżniowie mieli (w przeciwieństwie do Białołęki) sporo jakichś zajęć poza celą. Ale w zasadzie sprawy były identyczne. Tyle że w związku z panującą wtedy „etyką” gitowską, w sprawach seksu przestrzegano bardzo drobiazgowo zasad. Naruszenie ich zdarzało się (bywały i związki homo-emocjonalne) tylko wyjątkowo i w ścisłej konspiracji. Nawiasem: w tym czasie panowała dość powszechnie tzw. subkultura gitowska, a w Warszawie dorośli geje mieli wyjątkowo sprzyjające okoliczności. Można było „do wyboru, do koloru” znaleźć chłopców-prostytutki. Dorośli geje zastanawiali się jednak: dlaczego owi prostytuci (zwani „lujami”) przestrzegają niezwykle ściśle pewnych norm, form zachowań, obyczaju. Usługi homoseksualne za pieniądze były akceptowane – ale były ściśle określone. Nawet za duże pieniądze nie zgadzali się na niektóre praktyki. Otóż było to zgodne własnie z „etyką”, zasadami gitowskimi! A wywodziła się ona z więzień i poprawczaków.

W tym czasie pojawiła się w polskim tłumaczeniu książka Konrada Lorenza. Były to pierwsze relacje etologów na temat obserwacji i interpretacji zachowań zwierząt żyjących w stadach. Pojawiły się pojęcia „prawa dziobania”, obserwacje (pasjonujące) na temat hierarchii w stadzie. W tym także opisy zachowań dominujących samców: dokonywały ataku na młodego, podległego, wykonując takie ruchy frykcyjne – manifestując: jak bym chciał, to bym cię kopulował, ale mi się nie chce. Była to manifestacja stosunku zależności.

W stadach zwierząt także dochodzi do walki – prób zmiany hierarchii (ściśle przestrzeganej na przykład w czasie żarcia). Takie próby sił albo kończą się awansem, albo sromotną klęską. I uderzyła mnie wtedy niezwykła analogia. Otóż młodzi chłopcy zamknięci w klatce (jaką jest cela) zachowują się analogicznie do zachowań zwierząt żyjących w stadzie. Analogia była uderzająca! I wtedy nasunęła mi się refleksja: między człowiekiem a zwierzętami żyjącymi w stadzie jest tylko bardzo powierzchowna „politura” kulturowa, moralna, obyczajowa czy etyczna – jak kto sobie to określi. Niewiele trzeba, by owa warstwa „człowieczeństwa” znikła.

Potem przyszły doniesienia o tym, że w garniturze chromosomowym między człowiekiem a naczelnymi (małpy) jest uderzająca zgodność. Nie pomnę już, ale zdaje mi się, że tylko w 3 proc. genów różnimy się od szympansa. A potem już było wiele prac etologów i psychologów społecznych. W tym i co nieco zbliżonych (ale innych niż moje dane z wywiadów) doświadczeń Philipa Zimbardo.

Dużo w życiu widziałem. Sporo czytałem. Dziś jestem głęboko przekonany, że człowiek, „homo sapiens”, jest po prostu jednym z wielu gatunków istot żywych, niczym nadzwyczajnym, niczym inaczej stworzonym. Wytworzył sobie tylko warstwę cywilizacyjną, która umożliwiła mu zapanowanie nad światem. Przynajmniej tak się człowiekowi wydaje, bo na przykład w porównaniu ze światem owadów jest tylko szczątkowym wybrykiem natury. Tak oto, wychodząc od relacji więźnia z Białołęki, dochodzę do zasadniczych wniosków filozoficznych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s