I znowu zarobią banki i developerzy? A potrzebna spółdzielnia taka, jak WSM.

Na warszawskim Żoliborzu (kiedy to była prawie wieś podwarszawska, w okresie międzywojennym) powstały osiedla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Żoliborz wtedy był osiedlem głównie oficerskim, co zamożniejsi oficerowie budowali sobie tu wille. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa (zwana dalej WSM) powstała dla klasy średnio zarabiającej – głównie urzędniczej. Zamieszkali tu jednak także i artyści, literaci, pracownicy naukowi – wszystko to byli ludzie ze środowiska lewicującej inteligencji. Wielu miało korzenie żydowskie – z grupy tzw. asymilantów. Środowisko charakteryzowało się indyferencją religijną, i tak też pozostało przez dziesiątki lat. Było to osiedle świeckie – jednak głęboko tolerancyjne, mieszkali tu i aktywni katolicy (choć stanowili nieliczną mniejszość).

Osiedla, kolejno powstające początkowo wokół placu zwanego wtedy i dziś „Wilsona” (po wojnie przemianowanego na „Komuny Paryskiej”) otrzymywały numery. Tak więc kolejne zwane „koloniami” były „jedynką”, „dwójką” i tak dalej. Po wojnie osiedla otrzymywały już nazwy – ja mieszkałem przez wiele lat na „Sadach Żoliborskich”, w pobliżu było „Zatrasie”. Osiedla WSM-owskie charakteryzowały się dość skromnym standardem mieszkań – ale zapewniały już kulturalne i cywilizowane warunki bytu. Mieszkania były stosunkowo małe, bloki niewysokie. Każda Kolonia miała swój mini park – dobrze zagospodarowane podwórza. Żoliborz był zielony – stopniowo z upływem lat kolonie pobudowane na piaszczystych łąkach obrastały licznymi drzewami, sadami. Kiedy ja poznałem tą dzielnicę – to już dzielnica przedwojennej WSM tonęła w drzewach (a było to w roku 1946).

Osiedla WSM były dość spartańskie i daleko nie przypominające obecnie budowanych apartamentowców. Było tak, ponieważ osiedla były planowane dla ludzi średnio zamożnych. Już wtedy zresztą na Żoliborzu powstawały i bardziej – no, może nie luksusowe – ale dostatniejsze bloki mieszkalne, przeważnie przeznaczone dla pracowników zamożnych instytucji. Przykładem tego standardu mógł być „Szklany Dom” na ulicy Mickiewicza, nazwany tak zapewne ku czci Żeromskiego.

Niski standard mieszkań był rekompensowany bogatym spółdzielczym zapleczem infrastruktury. Poczynając od wzorowo funkcjonującej służby zdrowia. Zwłaszcza opieka nad dziećmi i młodzieżą była wyraźnie troską władz WSM. Poradnia dla dzieci prowadzona była przez jednego z najbardziej znaczących pediatrów – dra Aleksandra Landy, który wtedy, kiedy nikomu (no, może niewielu) nie śniła się opieka lekarska nad zdrowym dzieckiem – organizował to, co po wojnie zwaliśmy „poradnią „D” . Uprawiał więc profilaktykę, kontrolę rozwoju a także szeroko pojętą higienę szkolną. Chyba szczególnie opiekował się przedszkolami.

Dzielnica posiadała kilka szkół podstawowych – i jedno Gimnazjum im. Limanowskiego. Była to chyba w okresie przedwojennym i zaraz po wojnie przez długi czas szkoła świecka. Taka zresztą pozbawiona głębokich wpływów kościelnych była cała infrastruktura.

Osiedle WSM posiadało bogate zaplecze kulturalne. Owa dobrze funkcjonująca sieć placówek kulturalno-oświatowych była rekompensatą za nieco spartańskie warunki mieszkaniowe. Było więc kino „Tęcza” – w czasach, kiedy w Warszawie w ogóle było niewiele kino-teatrów (miałbym odwagę spróbować wszystkie wymienić…) kino to prezentowało dość ambitny repertuar. Był teatr dla dzieci (głównie), najbardziej popularny lalkowy Teatr Baj. Po wojnie wybudowano okazały Dom Kultury, który tętnił życiem. Poza kawiarenką były tam liczne kluby, sale odczytowe.

Kto pamięta TWP – Towarzystwo Wiedzy Powszechnej?. Pamiętam w ramach TWP tzw. „Uniwersytety dla Rodziców” – sam stawiałem tam pierwsze kroki popularyzacji wiedzy o dziecku. Być może ustawiczne zapytania słuchaczy dotyczące rozwoju zachowań seksualnych zdeterminowały moją póżniejszą specjalizację naukową?

Jakby „przyklejony” do Domu Kultury był teatr „Komedia” z prawdziwego zdarzenia. Działa do dziś i chyba też charakteryzował się kulturalno-świecką atmosferą i repertuarem.

W Domu Kultury była wspaniała biblioteka i czytelnia. Wielu mniej zamożnych mieszkańców miało szansę być na bieżąco w rozwoju literackim kraju, a niekiedy wprost przychodzić tu, by czytać codzienne gazety.

Na przełomie lat 50. i 60. w Domu kultury istniał klub dla młodzieży – oparty na działaniu drużyny harcerskiej. Nosił nazwę „Azyl” i skupiał liczne grono młodzieży szkolnej. Zajęcia klubowe zaczynały się od kolejnych odczytów i spotkań z ciekawymi ludżmi – literatami, dziennikarzami, artystami (były cykle: np. historia muzyki), a po odczycie były luźne zajęcia klubowe – w tym potańcówki. Oraz, co budziło opory i dyskusję środowiska, gra… w brydża.

Zajęcia tego klubu podlegały dość wnikliwej obserwacji i krytycznej ocenie starszych pań, działaczek społecznych WSM (w tym i znanej pisarki literatury dziecięcej). To zainteresowanie, interwencje i dyskusje na temat programu dowodzą aktywności społeczności – a to, że interwencje miały niekiedy charakter konfliktu pokoleń – to przecież sprawa oczywista.

W tymże Domu Kultury, wtedy kiedy byłem blisko związany z WSM, odbywały się przeróżne zajęcia: i kółko fotograficzne, i turystyka PTTK, a także… odchudzające zajęcia plastyczne – tańce dla pulchnych (za bardzo) pań. Można by żartobliwie powiedzieć: „dla każdego coś miłego”.

WSM wydawała też swoje pismo periodyczne – „Życie WSM”, w którym pojawiały się także publikacje znanych literatów i publicystów.

Poza kulturą środowisko dbało, rzec można, o sprawy prozaiczne. Była stołówka z dość tanimi obiadami, a także sklepy spożywcze spółdzielcze Warszawskiej Spółdzielni Spożywców. Była i wypożyczalnia sprzętu gospodarczego, a także i działalność popularnonaukowa: odczyty i szkolenia prawidłowego żywienia, poradnictwo gospodarcze.

Jednym z ciekawszych eksperymentów był tak zwany „Dom pod gruszą”. Był to blok mieszkalny małych jednopokojowych mieszkań. W domu tym na każdym piętrze była salka z pralkami, salka z kuchenkami, z piekarnikami. Mieszkańcy mający małe mieszkania mogli tam dokonywać różnych bardziej skomplikowanych czynności (wypiek ciast, pieczeni). Przez całą dobę czynny był punkt pielęgniarski z dyżurem, a codziennie rano dom odwiedzał lekarz i konsultował chętnych mieszkańców. Była tam świetlica – wtedy, kiedy bliżej spotkałem się z tym domem, prowadzona przez starszą już panią, byłą instruktorkę harcerską. Nawiasem: w tym klubie zobaczyłem pierwszy w moim życiu aparat telewizyjny.

Bez wychodzenia poza dom można było dokonać zakupów w sklepie WSS oraz zaspokoić głód w barze mlecznym.

Koncepcja „Domu pod gruszą” polegała na tym, że członkowie spółdzielni, którzy z jakichś przyczyn (najczęściej rozwoju rodziny lub czyjegoś zgonu) pozostawali samotnie w zbyt dużym mieszkaniu, mogli mieszkanie to wymienić na taki właśnie jednoizbowy lokal. Mieszkanie tam stwarzało, zwłaszcza ludziom w podeszłym wieku, dość duży komfort. A spółdzielnia odzyskiwała większe mieszkanie do swej dyspozycji. Koncepcja i funkcjonowanie „Domu pod gruszą” – zasadniczo nic szczególnego – wzbudziła zainteresowanie moich znajomych z Uniwersytetu w Kolonii, którzy naukowo zajmowali się problematyką sędziwych obywateli. Dwaj profesorowie odbyli nawet wyprawę do Polski i zapoznawali się z zasadami i funkcjonowaniem tej inicjatywy.

Czym była WSM? W moim odczuciu był to wzór prawdziwego socjalizmu. Osiedla tętniły życiem, były terenem szerokiej działalności społecznej. Panowała niezwykła atmosfera. Chciałbym zwrócić uwagę na pewne dość szczególne zjawisko: na terenie WSM mieszkało, jak wspomniałem, wiele rodzin pochodzenia żydowskiego. Nie słyszałem (nie przeprowadzałem na ten temat poważnych badań naukowych), by w okresie okupacji niemieckiej miały tam miejsce denuncjacje tzw. szmalcowników i represje okupanta. Jeżeli było tak rzeczywiście, moglibyśmy być z tego faktu dumni.

Latami zabiegałem, by ten niezwykły według mnie eksperyment społeczny jakim była WSM, znalazł wyczerpujące opracowanie historyczno-naukowe. Marzyła mi się jakaś gruba kronika. Proponowałem tematy moim dyplomantom na prace magisterskie. Kilka powstało – ale były to tylko przyczynki. Jest trochę wspomnieniowych relacji, jak choćby „Lwy mojego podwórka” Abramowa (syna pisarza Igora Newerly’ego) Ale jest tego mało – i nie jest tak, by ten wspaniały, funkcjonujący dziesiątki lat społeczny eksperyment, znalazł właściwe opracowanie. Może znaleźliby się naśladowcy?

WSM w okresie PRL cieszyła się dość dużym poparciem. Powstawały coraz nowe kolonie – już nie tylko na Żoliborzu. Jak zawsze – masówka działała przeciw wspaniałej atmosferze, przeciw niezwykłości społecznego eksperymentu. Ale w mojej pamięci WSM była wspaniałą instytucją i chciałoby się, by takie spółdzielnie były masowo tworzone w polskich miastach.

Cała sprawa WSM stała się dla mnie szczególnie aktualna wobec aktualnej sytuacji. Ludzie młodzi nie mają szans na własne mieszkanie. Życie społeczne usycha. Kto dziś zna swoich sąsiadów z klatki schodowej?

Przeczytałem, że rząd w ramach obietnic przedwyborczych przeznaczył znaczne środki (z Unii?) na tworzenie mieszkań dla zwykłych śmiertelników. Pięknie – jest to jedna z największych bolączek społecznych. Ale co się planuje? Powołuje się bank, któremu rząd przeleje srodki. Bank (czy banki) wykupią – jak czytałem – pustostany wzniesione przez tzw. developerów. Te wykupione mieszkania będą przeznaczone dla mniej zamożnych obywateli. A więc: zarobią banki (nielicho na pewno!). Tak zwani developerzy też zarobią – wyzbędą się swych chybionych inwestycji – też na pewno sowicie na tym zarabiając. Korzyść dla przeciętnego obywatela jest tu chyba najmniejsza…

Czy nie można by (marzy mi się) pieniędzy, jeżeli już takie wreszcie się znalazły, przeznaczyć na tworzenie spółdzielni mieszkaniowych na wzór WSM? Ominąć banki i cwaniaków-nieudaczników, którzy wybudowali apartamentowce, a teraz nie ma kto od nich kupować lokali.

Bo Polska współczesna to rozwarstwienie. Z jednej strony bogacze, których eksperyment nie obchodzi, bo mają już swoje wille-gargamele i apartamenty w strzeżonych, zamkniętych osiedlach. I z drugiej strony żyjący w dość skromnych warunkach i bez nadziei (chyba wyemigrują?) młodzi. Może wśród nich można by dziś wzbudzić zainteresowanie inicjatywą taką, jak WSM?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s