Czy dydaktyka to sztuka i nauka? Czy można uczyć się łatwiej i skuteczniej?

Kiedyś sądzono, że efekty uczenia osiaga się pracą, pilnością – a jak trzeba to pisaniem dyktand (ortografia). Potem (no, dawno…) okazało się, że to nie takie proste. Myślę, że u nas w Polsce problem jakoś został dostrzeżony po publikacjach bardzo zasłużonej psycholog (i lekarz) Haliny Spionek. Otóż jakieś 60 lat temu opisała znany już na Zachodzie fenomen zwany legastenią, w skład której to wady rozwojowej wliczano dysgrafię (trudności w opanowaniu pisania poprawnego) i dysleksję – trudności w czytaniu. Opisanie i spopularyzowanie wiedzy na ten temat spowodowało zainteresowanie metodami nauki. Bo oczywiście dobrze było ustalić rozpoznanie, ale jeszcze ważniejsze chyba było wskazanie metod terapii.

Tak też w mojej świadomości (wtedy lekarza a nie nauczyciela) pojawił się – pewnie mało oryginalny – pomysł: skoro są metody uczenia dzieci z zaburzeniami, to są i metody nauki mniej lub bardziej skutecznej tak w ogóle. Czyli odkryłem (osobiście, dla swej wiedzy) istnienie technik uczenia się i uczenia ucznia. A potem dowiedziałem się, że istnieje naprawdę taka wiedza – i to czyniąca wielkie postępy. A zwie się dydaktyką. 

Kiedy byłem lekarzem szkolnym, zapytałem dyrektorkę szkoły, czy nauczyciele uczą uczniów jak się skutecznie – i może mniejszym wysiłkiem – uczyć? I ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie. Że takich zajęć nie ma w programie. I pod moim wpływem (tu moja zasługa!) dyrektorka zarządziła, że w pierwszych klasach, na początku nauki w liceum, wychowawcy mają przeprowadzić zajęcia z nowymi uczniami – właśnie na temat technik uczenia się.

I co? Zaskoczenie. Nauczyciele odmówili, bo powiedzieli, że się na tym nie znają i uczyć tego nie mogą… Przez dwa lata takie zajęcia przeprowadzała więc psycholog na lekcjach wychowawczych. Potem wszystko to zmarło śmiercią naturalną – krótko mówiąc, nie słyszałem, by gdzieś istniała taka praktyka (może się mylę?).

Ale co mnie uderzyło, to właśnie fakt, że nauczyciele oświadczyli, iż się „na tym nie znają”. Czy to się od tamtego czasu zmieniło w stopniu zasadniczym?

Nauczycielami są przede wszystkim (wyłącznie?) „przedmiotowcy”. Wydaje mi się to nieporozumieniem. Są po studiach matematycznych (wyższa matematyka), znają język starocerkiewny (tak było – czy wciąż jest? – na polonistyce), mają wnikliwą i głęboką wiedzę chemiczną… Itd., itp. Tylko że oni mają  u c z y ć  w zwykłej szkole przedmiotu, którego zakres programowy jest na ogół dość ograniczony. Natomiast mają być przede wszystkim wychowawcami, a także nauczycielami tejże bardzo ograniczonej (w stosunku do ich wiedzy z uczelni) wiedzy przedmiotowej. 

Już kiedy w latach 1960. – 1970. rozpoczynałem pracę na Wydziale Pedagogicznym UW, był cały instytut kształcenia nauczycieli. I tam studenci-przedmiotowcy, skierowani na kierunek nauczycielski na swoim wydziale, pobierali ograniczoną, ale jednak, wiedzę niezbędną dla przyszłego nauczyciela. Ja miałem zajęcia z higieny szkolnej – było tego kilkanaście godzin (i była to niestety jedyna dla nich wiedza o biologii człowieka). Poza tym były zajęcia z psychologii i pedagogiki oraz, jak mi się pamięta, bardzo skąpy wymiar zajęć z dydaktyki przedmiotu swych studiów.

Po co o tym wszystkim wspominam? Bo dziś wiem, że istnieje wielka wiedza na temat dydaktyki, właśnie skutecznych metod nauczania. Teraz jest to jeszcze coś większego – technika wobec informatyki dokonała takiego rozwoju metod nauczania, że stało się to naprawdę wielkim problemem dydaktycznym. Już nie wystarczy nawet najlepszy wykład (choć ja z uporem twierdzę ze na  d o b r y  wykład zawsze jest czas). Trzeba też opanować wiedzę o komputerze i informatyce, trzeba nauczyć się jak z tej wiedzy korzystać. Tym gorzej (dla współczesnego nauczyciela), że trzeba śledzić nieprawdopodobny rozwój tych technik – choćby po to, by nie być głupszym od ucznia…

To, że nauczyciele nie są kształceni z całym wysiłkiem i powagą w zakresie wiedzy o swoim zawodzie, to błąd. Ja wiem, że mało studentów rozpoczynających studia przedmiotowe liczy się z tym, że „wylądują” jako nauczyciele. Marzenia są inne. Ale marzenia nie powinny przekreślać rzeczywistości.

Piszę o tym, bo na Wydziale Pedagogicznym UW, na którym pracowałem, stykałem się z pracownikami naukowymi, którzy poświęcali się właśnie dydaktyce. Nabrałem do tej wiedzy szacunku. I co tu ukrywać, wydaje mi się, że jest to wiedza nie dość wykorzystywana w praktyce szkolnej (coś tak, jak i wiedza o biologii rozwoju i zdrowiu ucznia…). Nie bez znaczenia w zakresie mojego szacunku dla nauki dydaktyki jest fakt, że mój gabinet sąsiadował z gabinetem jednego z czołowych dydaktyków w Polsce. Przez to poznaliśmy się lepiej i potem stopniowo coraz bardziej współpracowaliśmy – i co tu ukrywać, zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Tym dydaktykiem jest profesor Józef Półturzycki. A okazją do tych wynurzeń moich jest Jego jubileusz 80-lecia. Na tę okazję dydaktycy zrzeszeni w sekcji dydaktyki Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN organizują pod auspicjami Uniwersytetu Adama Mickiewicza ogólnopolską konferencję naukową w Ślesinie koło Konina. Koledzy dydaktycy poświęcili mu swój zjazd, który odbędzie się w tym tygodniu. To świadectwo, że mój stosunek do niezwykłości Jubilata nie jest tylko odczuciem moim osobistym.

(Niestety, w zjeździe nie będzie brał udziału drugi – według mnie niezwykle kompetentny – profesor-dydaktyk. To Władysław Zaczyński. Jak się dowiedziałem, jest akurat na kuracji w klinice kardiologicznej. To też niezwykle zasłużony dydaktyk i aż dziwne, że gdy przeszedł na emeryturę, to Wydział Pedagogiczny UW zrezygnował ze współpracy z nim – dlaczego?!)

Może jeszcze o erudycji Jubilata: nie spotkałem sytuacji, bym o coś Józka pytał i bym nie otrzymał  k o m p e t e n t n e j  odpowiedzi. Pytam go często o fakty historyczne, o problemy literatury (no, prawda, zawsze z wiedzy humanistycznej; o uszkodzenie samochodu nie pytam…). Raz – z czego jestem tak dumny, że zapamiętałem na lata – zdarzyło mi się, że ja coś wiedziałem lepiej niż On. Raz jeden jedyny! Jeżeli wszyscy dydaktycy są takimi erudytami jak mój przyjaciel Józef – to dziwię się, że ze swoją niezwykle potrzebną i pożyteczną wiedzą i sztuką nie mogą się przebić przez ignorancję i pewność siebie decydentów.

Jubilat wpędza mnie w kompleksy nie tylko swą erudycją – ale i niezwykłą pracowitością. To tytan pracy – co rok pojawia się Jego nowa książka, wiele o istotnym znaczeniu naukowym. Ostatnio pojawiło się poważne dzieło „Niepokój o dydaktykę”. Zapewne będą nastepne. Jak Go odwiedzam – zawsze spotykam przy pracy (chyba że ogląda mecz w telewizji…). Józku! Długich lat i wielu jeszcze książek. A może i doczekania czasów kiedy to wiedza dydaktyków „trafi pod strzechy”!

Zamieszczając ten tekst chcę uczcić Przyjaciela. Ale także zwrócić uwagę na problem niedostatku wiedzy dydaktycznej u nauczycieli – i może zainicjować dyskusję nad tym, jak powinien przebiegać proces przygotowania zawodowego nauczycieli. Oczywiście dowiem się, że są kursy, doskonalenie zawodowe… Ale to za mało. Wciąż żal mi przede wszystkim uczniów, którzy „wkuwają” nie korzystając z dorobku wiedzy o technikach uczenia się – no i żal nauczycieli, którzy też z tej wiedzy nie korzystają (pytanie: w jakim stopniu? jakim procencie?). Kiedyś było takie „przekleństwo” (jest nadal znane?): „Obyś uczył cudze dzieci!”. Ale wtedy nie było wiedzy w zakresie dydaktyki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s