Odwiedzajcie Filharmonię, odwiedzajcie Operę. Przynajmniej popróbujcie.

W roku 1955 powróciłem z nakazu pracy do Warszawy (kto dziś pamięta co to był „nakaz pracy”? oj, niejeden absolwent uczelni odebrałby dziś taki nakaz z pocałowaniem ręki…). Trochę byłem zagubiony. Przyjaźnie, znajomości przez okres pobytu poza Warszawą trochę wygasły. Harcerstwa – nie było. No i tak jakoś nie bardzo było co robić. Trafiłem do Filharmonii. W chórze śpiewała żona przyjaciela, kupiła mi abonament. I tak w piątki wieczory spędzałem przy muzyce.

Muzyki praktycznie nie znałem. Całą wojnę nie wolno było mieć radia. A przed wojną też mieliśmy tylko kryształkowe radio (kto wie co to było?), więc muzyka była mi czymś nowym. Filharmonia była dostojna – spotykało się tam różnych znanych powszechnie ludzi. Miałem taką znajomą, Krystynę. Kupowała abonament w pierwszym rzędzie balkonu i cały czas koncertu przez lornetkę obserwowała – kto z kim siedzi. W przerwie krążyła w holu i podsłuchiwała kto z kim i o czym rozmawia. Ot – snob klasyczny. Ale po kilku latach takiej „praktyki” była jednym z największych znawców muzyki i wielkim w tym zakresie w środowisku autorytetem. Ot, tak snobizm może odkryć talenty, głębię intelektu – zamiłowanie.

Ja też lubiłem popatrzeć na Wielkich Ludzi – a raz nawet przez kwartał miałem krzesło obok Marii Dąbrowskiej. Po paru tygodniach witała się ze mną! Ale coraz bardziej „brała” mnie muzyka. Uczyłem się jej z programów, które starannie czytałem. Muzyki, chyba tak jak i dziś, w szkole nikt nie uczył. Ja zresztą do szkoły nie za długo chodziłem, no a komplety nielegalnej oświaty to i warunków do nauki muzyki nie miały. Ale dziś? Można by młodym otworzyć duszę na muzykę, wzbogacić ich, nawet jak nie wszyscy byliby chętni (ilu matematyki nienawidzi? ale to znów dygresja).

W Filharmonii przeżyłem wiele atrakcji, już nawet pozamuzycznych. Jedną taką zapamiętałem. Wspomniałem już w moim blogu, że lubię II koncert fortepianowy Rachmaninowa. Miał przyjechać do Warszawy Witold Małcużyński (wtedy jeden z czołowych wirtuozów). A że w czasie okupacji na kompletach uczył mnie matematyki brat Małcużyńskiego – Karol (póżniej znany publicysta), więc miałem dodatkowy bodziec: zobaczyć jak ten brat wygląda. W ostatniej chwili okazało się, że Małcużyński nie przyjedzie – bo chory. Gwałtownie poszukiwano zastępstwa. Trafiła się młoda pianistka (pamiętam jej nazwisko, ale je pominę…) i ona zastąpi mistrza. W programie wyczytałem, że dyrygować będzie Paweł Klecki. A któż to taki ? Z Olsztyna czy Wrocławia? Pierwszy raz spotkałem to nazwisko.

Koncert się zaczął – i nawet ja, laik czuję coś wielkiego. To nie ta orkiestra! To nie to wykonanie. Czuć wielką sztukę. Zaglądam do programu i okazuje się, że Paweł Klecki to jeden ze światowej czołówki dyrygentów – z pochodzenia Polak, pierwszy raz w Ojczyźnie po wojnie, którą przeżył na Zachodzie. Był stałym dyrygentem chyba w Dallas (ale już nie pomnę z pewnością).

Więc wielki koncert. I radio, i chyba TV (była już?). Piękny koncert. Ale… w drugiej części koncertu Rachmaninowa – nawet ja wyczuwam że coś jest „nie tak”. Jakoś orkiestra rozjeżdża się z solistką. Klecki wykazuje zdenerwowanie, aż w pewnym momencie wali pałeczką w pulpit i koncert przerywa. Robi się cisza grobowa. Dyrygent coś wymachuje rękami, coś pokazuje w nutach. Skinieniem wzywa solistkę – coś jej pokazuje, coś klaruje. Za chwilę orkiestra przewraca kartki partytury i wznawiają grę. Ale już nie kończą tej II części. Atmosfera straszna. W przerwie Klecki nie wyszedł do publiczności. Wszystkim było przede wszystkim żal tej młodej dziewczyny.

No a potem komentarze. Utwór nazywa się „k o n c e r t  f o r t e p i a n o w y  z  towarzyszeniem orkiestry”. Wielki Klecki może (nie musi!) grać z początkującą pianistką. Może różnić się koncepcją – ale niech wtedy szuka solisty, który mu odpowiada. A jak już zdecydował się grać z kimś, powinien uszanować jego inność. No, chyba że fałszowała (tego to ja nie poznałem i nikt nie mówił – nie pisano zresztą o tym). Bo w ogóle dużo pisano – Waldorff bronił dziewczyny i przy całym kulcie wielkiego Kleckiego uznał, że z reakcją przesadził.

Tak mi się jakoś Filharmonia zapamiętała. Oczywiście nie tylko z tego incydentu. Ale – to były piękne wieczory. Chodziłem kilka lat. Dumny byłem, bo szatniarka – stale ta sama – nie dawała mi numerka. Jak komuś ważnemu, znajomemu! Poznawała, witała się.

W przerwie ustawiała się długa kolejka po filiżankę kawy. No i ocierałem się – o pisarzy, artystów, dziennikarzy. A nawet spotykałem znanych lekarzy i profesorów.

Potem odbyła się uroczysta inauguracja Opery Narodowej. Czasem myślę: czy kto inny niż władze PRL odbudowałby z takim pietyzmem? Byłyby pieniądze? Hołota miliarderów chyba by forsą nie sypnęła. Fakt – mamy jedną z najpiękniejszych Oper w Europie. Podobno techniczne zaplecze też było niesamowicie nowoczesne. I wtedy zacząłem chodzić już nie do Filharmonii a do Opery. Bo opera to synteza sztuk: i muzyka, i teatr, i plastyka, i balet. A jak jej nie zniszczy „odnowiciel stylu”, to i element nauki historii – poznaje się style, stroje, wystroje pomieszczeń. A czasem i wprost historię, jak na przykład w „Borysie Godunowie” czy „Tosce”. No i opera mnie „przekupiła”. Ale muzyka tak w ogóle odegrała w moim życiu wielką rolę (choć się na niej nie znam – przeżywam tylko emocjonalnie). Namawiam: spróbujcie! Na pewno są pokłady nieodkrytych miłośników muzyki – jak u wspomnianej Krystyny!

Dlaczego polska edukacja tak pomija muzykę? Czy tak będzie zawsze? Żal mi młodych, którzy mówią „mnie  t a k a  muzyka nie interesuje”. No dobrze, ale zanim to stwierdzi, niech popróbuje! Jak można odrzucać, potępiać coś, czego się nie dotknęło, nie popróbowało?

To miał być koniec tych wspomnień. Ot tak, byśmy się oderwali od strasznej rzeczywistości. Ale przypomniało mi się coś jeszcze. Argument.

Było tak kiedyś, bardzo dawno temu, że byłem prodziekanem na UW na pedagogice. I miał się odbywać egzamin magisterski. Jakoś tak komisja się wolno zbierała, a ja siedziałem z tym wystraszonym magistrantem i czekaliśmy. Akurat był to mój znajomy, harcerz (Andrzej – darujesz mi tę opowieść?). Zgadało się, że on nigdy nie był w operze. Bo on tego nie lubi. A jak można nie lubić czegoś, czego się nie zna?! No: co to, to nie! Absolwent UW – wydziału w końcu przecież humanistycznego – i  n i g d y  nie był w operze!!! No to mówię: egzaminu dziś nie będzie. Proszę pójść – jeden raz! – do opery, popatrzeć co to jest, posłuchać, i przynieść mi bilet. Wtedy będzie egzamin. I Andrzej poszedł. A potem podziękował mi i powiedział, że ma żal do uczelni, że przez pięć lat jego pobytu w Warszawie nikt nie nakłonił go wcześniej. I podziękował mi. I teraz – jak słyszę – jest działaczem „na niwie” harcerskiej pieśni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s