Warszawski Szpital Karola i Marii ma 100 lat: warto przypomnieć czasy, kiedy kliniki wychowywały przyszłych lekarzy.

Przed stu laty bogaci przemysłowcy warszawscy – Szlenkierowie – wybudowali i uruchomili w Warszawie, przy ulicy Leszno, najnowocześniejszy wtedy szpital dziecięcy. Nosił on imię Karola i Marii (Szlenkierów) a przełożoną pielęgniarek była Zofia Szlenkierówna – z tejże familii. Pielęgniarką była z wyboru – pochodząc z tak bogatej rodziny w żaden sposób nie musiała w ogóle pracować, a już na pewno nie musiała wybrać trudnego i ciężkiego zawodu pielęgniarki. W szpitalu zatrudnieni byli wybitni lekarze – szefem był profesor Brudziński, znakomity lekarz-naukowiec, póżniejszy Rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Do historii przeszli wybitni lekarze – profesorowie Władysław Szenajch, Jan Bogdanowicz i Zofia Lejmbach. Ale nie tylko Oni zapisali się w historii jako znakomici i niezwykle oddani pracy lekarze – było Ich więcej, były także znakomite pielęgniarki a nawet salowe. Jeżeli szpital ten zapisał się złotymi zgłoskami w historii pediatrii polskiej, to dlatego, że panowała tam niezwykła atmosfera. Krótko można by ją scharakteryzować jako niezwykłe umiłowanie i oddanie dziecku-pacjentowi. Cechowała ich także bezinteresowność, rzetelność i życzliwość.

W czasie wojny szpital na Lesznie został zniszczony, a odbudowany i wyposażony przez szwajcarską organizację charytatywną „Don Suisse” szpital dziecięcy przyjął tradycję tego z Leszna – Karola i Marii. Do tego nowego szpitala, na ulicy Działdowskiej, też na Woli, przeszedł ocalały personel z Leszna. Dyrektorem został prof. Szenajch.

Szpital zyskał sobie dobrą opinię wśród mieszkańców Warszawy – zwłaszcza Woli. Ale wydaje mi się, że największą zasługą zespołu kierowniczego było powołanie i zorganizowanie szczególnej formy studiów lekarskich – Oddziału Pediatrycznego na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej.

Sytuacja powojennej Polski była pod wieloma względami tragiczna. Do klęsk tego okresu należała niezwykle wysoka umieralność niemowląt – zwłaszcza na polskiej prowincji. Było to związane zapewne i z trudnymi warunkami bytowymi, i niską higieną, a przede wszystkim – brakiem opieki lekarskiej. Pediatrów było niezwykle mało, np. w całym ówczesnym województwie rzeszowskim było czterech pediatrów! W innych częściach kraju było nie lepiej.

W tej sytuacji postanowiono podjąć działania w kierunku pospiesznego – i co tu ukrywać, dość prymitywnego – kształcenia lekarzy-pediatrów. Oddział Pediatryczny przyjmował studentów po trzecim roku studiów ogólnolekarskich, a studia pediatryczne (z ograniczeniem ogólnego wykształcenia) obejmowały dwa lata – IV i V kurs. Po tych studiach lekarze otrzymywali nie tylko dyplom lekarski, ale i pierwszy stopień specjalizacji.

Ja byłem właśnie takim studentem, byłem nawet starostą roku na pierwszym roczniku studiów na Oddziale Pediatrycznym. Moje doświadczenia wieloletniego kontaktu ze Szpitalem Karola i Marii, i przede wszystkim z naszymi profesorami i asystentami nauczającymi, pozostawiły niezatarte wspomnienia. Była to niezwykła przygoda.

Wobec ogromnego zapotrzebowania nas, tak pospiesznie kształconych lekarzy, wysłano z tzw.”nakazami pracy” z reguły do powiatowych szpitali, gdzie jako ordynatorzy zakładaliśmy i prowadziliśmy szpitalne oddziały dziecięce. Ja w chwili objęcia takiego stanowiska miałem dyplom, a jakże… i 23 lata. Trafiłem do Gorlic a najbliższy pediatra był o 100 km ode mnie (też nie za bardzo doświadczony).

Jeżeli rzeczywiście umieralność, zwłaszcza na biegunki, drastycznie zmalała – to była zasługa tych, przygotowanych do pracy w Szpitalu Karola i Marii, pediatrów. Bo też i studia były niezwykłe.

Panowała atmosfera szczególna. Trudno ją krótko scharakteryzować. Była to atmosfera niezwykle rzetelnych studiów – korzystania z każdej okazji do nauki i nabywania praktyki. Ale chyba najważniejsza była atmosfera niezwykłej życzliwości, troski i wprost okazywanej nam przyjaźni – ze strony całego personelu: od profesora Szenajcha do salowych.

Z braku pediatrów zatrudniono nas na V roku studiów w Pogotowiu Ratunkowym. Jeździliśmy karetkami do chorych dzieci, ale tak prawdę mówiąc często stawaliśmy bezradni przy łóżku dziecka. I było przyjęte, że zawsze, ale głównie w nocy, w takiej sytuacji jechało się karetką z dzieckiem na Działdowską. Tam lekarz dyżurny badał chorego. Pokazywał na co należy zwrócić uwagę – no, wprost uczył! Dyktował receptę i tak zaopatrzeni odwoziliśmy dziecko do domu. Lekarze dyżurni robili to kompletnie bezinteresownie, nie otrzymywali za tę pracę żadnego wynagrodzenia. Po prostu był to element kształcenia przyszłych pediatrów.

Nasi profesorowie byli tzw. konsultantami wojewódzkimi w zakresie pediatrii. Znając teren, kiedy już nie mogliśmy się wybronić przed wyjazdem, doradzali nam gdzie osiąść, pomagali się „zagospodarować”, wprowadzali do samodzielnej pracy. Moim takim „Dobrym Duchem” była profesor Lejmbach, i dzięki Jej namowie trafiłem do Gorlic. Przez cały okres mojej pracy „na nakazie” opiekowała się mną i moim oddziałem, konsultowała trudniejsze przypadki. Udzielała także porad i instrukcji przez telefon. Szczególnie w pierwszym okresie telefonowałem często – trzeba nadmienić, że w ogóle nie było wtedy podręcznika pediatrii (!). Nie było gdzie zajrzeć, douczyć się.

W szpitalu na Działdowskiej odbywały się co dwa miesiące tygodniowe seminaria dokształcające dla tych ordynatorów – i znów była to kompletnie bezinteresowna działalność społeczna. A jakże ważna!

Wspomnę o dwu jeszcze ważnych wydarzeniach. Pierwsze – to na wyjazd, jako swego rodzaju „wiano” otrzymałem od Profesor w prezencie zestaw do zakładania kroplówek. Dzięki temu przeszedłem do historii jako ten, który pierwszy założył kroplówkę w powiecie gorlickim. Ale ważniejsze, że znakomicie zmniejszyłem umieralność niemowląt na biegunki. Drugie: to pomoc w zorganizowaniu oddziału. Profesor wystarała się, by przyjechała do nas młoda pielęgniarka – prosto po szkole. A żeby ją wprowadzić do pracy i pomóc zorganizować oddział – przyjechała (bezinteresownie) oddziałowa z kliniki i przez tydzień pracowała u nas z tą nową oddziałową.

A żeby tak do końca scharakteryzować stosunki, to powiem, że raz (po moim telefonie, że stoję bezradny wobec ciężko chorego dziecka) profesor Lejmbach wsiadła w pociąg i na drugi dzień rano konsultowała ze mną terapię. Także bezinteresownie, chyba nawet nie zwróciliśmy Jej kosztów przejazdu.

Ja osobiście zaprzyjaźniłem się (trochę to brzmi zarozumiale) z Profesorem Szenajchem, który dopomógł mi w powrocie do Warszawy i zatrudnił w swojej klinice. Był moim Nauczycielem i konsultantem. Wskazał mi temat pracy doktorskiej, której promotorem była prof. Lejmbach.

Zasługi Szpitala Karola i Marii i jego personelu są niezwykłe. Dzięki Oddziałowi udało się dość szybko opanować umieralność niemowląt. Ale może jeszcze ważniejsze niż efekty lecznicze było  W Y C H O W Y W A N I E  studentów. Fakt, była nas mała grupa i nie była to taśmowa produkcja jak dziś wygląda kształcenie lekarzy. Nasi nauczyciele znali nas wszystkich po imieniu (i tak też się do nas zwracali) a jeden z kolegów (taki trochę poeta) nazwał klinikę Karola i Marii „Mamą Działdowską”. Prof. Szenajch do śmierci był z tej nazwy dumny i pytał: „A co? Którą klinikę studenci nazywają Mamą?!”.

W dniach 100 jubileuszu Szpitala Karola i Marii muszę stwierdzić, że chyba nikomu (ani instytucjonalnie, ani personalnie) tyle nie zawdzięczam. Chciałbym być dumnym i nazywać się „Uczniem Kliniki Karola i Marii”. O klinice, a zwłaszcza o prof. Szenajchu, pisałem szerzej w „Książce moich wspomnień”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s