Prawda naukowa jest jedna (choć zmienna) i szkoła ma obowiązek uczyć właśnie tej prawdy. A o gimnazjach potrzebna jest wielka narodowa debata.

Pani Minister (czy ministra?) Oświaty dość ostro wzięła się do pracy. Mnie interesują dwie sprawy – edukacja seksualna i gimnazja. Zresztą – to się także wiąże ze sobą.

Pomysł, by w szkole były dwa realizowane programy – jest nie do przyjęcia. Szkoła ma realizować program oparty o aktualny stan wiedzy – i żaden inny. Tu ideologia nie ma nic do rzeczy. No bo jak to: byłby program – nazwijmy go „B” – i tam uczyliby o szkodliwości prezerwatyw, niedopuszczalności masturbacji (że nie tylko grzech, ale i patogenność) itp.? I że można „leczyć” gejów (wiem coś o tym, bo pół wieku temu sam „leczyłem”, za co już wielokrotnie przepraszałem…). Prawda naukowa jest jedna (choć zmienna) i szkoła ma obowiązek uczyć właśnie tej prawdy. Można by sobie wyobrazić, że rozochoceni talibowie zażądają osobnych lekcji i programów dla polskiego, historii i biologii. Gdzie granica absurdu?

Mnie także razi koncepcja, że rodzice mają decydować – akurat w sprawie edukacji seksualnej (na razie…). Bo przecież poziom rodziców jest różny, na ogół w tej dziedzinie też pozostawia dużo do życzenia. Oczywiście są rodzice wykształceni – kompetentni (ilu ich jest?) i można by może zgodzić się, że tacy mają prawo swoje dzieci zwolnić z edukacji seksualnej. Byłby to serwitut, ustępstwo przed kościelnymi. Tylko: co winne ich dzieci? I zawsze, kiedy w szkole była pogadanka na tematy seksu, a z jakichś względów jakieś dziecko w niej nie uczestniczyło (np. „ty, Jasiu, jesteś jeszcze taki mały, dziecinny – ciebie to jeszcze nie dotyczy”!), to pomijając co czuł ów Jasio, po lekcji natychmiast wypytywał kolegów, co było mówione – i otrzymywał relację, ale z drugiej ręki… Tak by też było, gdyby katechetka miała program „B” – a w tym czasie reszta klasy program naukowy (nazwijmy go „A”). Uczniowie też by wymieniali informacje, co zasłyszeli na swoich lekcjach…

Boję się jednak, że jak biskupi tupną, przywołają do porządku władze, to i tak nic się nie zmieni – chyba że na gorsze. Więc może nie warto dyskutować, a Pani Minister jeszcze nie zna swego miejsca w szeregu?

No i gimnazja. Pocieszyło mnie, że Pani Minister raczej sygnalizuje potrzebę przyjrzenia się problemowi, a nie likwidacji. Właśnie w takim pięknie wydawanym piśmie „Nowe Horyzonty Edukacji” – NHE w nr 7 – pojawił się mój i mojego współpracownika doktora Michała Korbelaka artykuł na ten temat. Potrzebna jest wielka debata narodowa, bo problem zasadniczy dla przyszłości nie tylko edukacji, ale i naszej cywilizacji (bez przesady – tak sądzę). Jak by taką debatę wywołać?

Przeczytałem także (i namawiam do lektury) „Moją pierwszą lekcję” Grzegorza Kukuły. Polecam.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s