Bardzo przykra opowieść: o pierwszym skrzypku opery i o jednym z największych tenorów świata

Otrzymałem e-mail od Pani Justyny Reczeniedi, która jest śpiewaczką i przygotowuje książkę o Stanisławie Gruszczyńskim. Ponieważ w Milanówku mieszkałem w pewnym okresie w domu Stanisława Gruszczyńskiego, zadała mi pytanie: co o nim pamiętam?

Odpowiedziałem: „Szanowna Pani, Gruszczyńskiego znałem osobiście (no, on mnie nie…). Mieszkałem jako mały chłopiec w jego domu na Słowackiego. Był już raczej u kresu kariery – mówiło się, że głos przepił (nie wiem, ile w tym prawdy). Mieszkał dostatnio, miał bryczkę z kucykiem i bażanty w ogrodzie. To był raczej park. Był gruby, dość niegrzeczny, by nie powiedzieć – chamowaty. Miał jakieś konflikty z moją matką, która była sierżantem Legionów i też ostrą kobietą. Poszło o ustawiczne żądania komornego a conto i niegrzeczne odzywki. Miał przy sobie uroczego „Pana Kotka” – Pan Przesmycki, skrzypek, był jego korepetytorem, ale i trochę „Totumfackim” – łagodził konflikty. Często odbywały się libacje z hałasem, towarzystwo damsko-męskie, ciężko było spać… Już wtedy mówiło się że „on się skończył” (1934 rok), że popada w długi itp. Był grubasem ekscentrycznie ubranym, robił wrażenie. Twarz dość czerwona, mówiło się: „z wódki”. Dom jego został chyba zlicytowany (teraz mieszka tam Janda). On kupił pod Milanówkiem dwa stawy i trochę łąki – nazywało się to „plaża Gruszczyńskiego”. Plaża była mało reprezentacyjna, ale innej nie było, więc miała powodzenie. Potem (już w czasie wojny?) ożenił się z córką restauratora. Powoli ulegał degradacji, chętnie chwalił się przeszłością a nawet podobno pokazywał medal od królowej angielskiej. Powoli stawał się – jakby dziś określono – „menelem”. Chyba małżeństwo się rozpadło. Był taką legendą Milanówka, ale raczej tragiczną. Ot, tyle pamiętam. Kiedyś czytałem o tym, że zmarł w nędzy jako bezdomny. Droga Pani, to tyle co na żywo pamiętam. Bardzo Panią pozdrawiam, życzę sukcesów biografii. Jak byłyby pytania, w miarę kompetencji i pamięci odpowiem. Czekam na tę książkę”.

Dostałem odpowiedź: „Szanowny Panie Andrzeju, bardzo dziękuję za list. Widzę, że Grucha (jak się czasem pieszczotliwie o śpiewaku mówiło w środowisku) nie pozostawił najlepszego wrażenia. Muszę też sprostować, Gruszczyński nie „przepił głosu”, tylko go stracił. To się zdarza i musiało to być dla tego artysty straszne. A ten „Pan Kotek” był wybitnym skrzypkiem, pierwszym skrzypkiem opery. Czy coś Pan o nim wie?”.

Odpowiedziałem, że „Pan Kotek” w czasie wojny jak większość inteligentów w Milanówku żył w nędzy, chodził po zupę do RGO: „Pamiętam pewien incydent. Moja siostra 16-letnia odkryła w sobie talent śpiewaczy. Rodzina zaprosiła pana Przesmyckiego, by dawał jej lekcje – za talerz krupniku. Zorientowaliśmy się, że śpiewaczką nie będzie. „Pan Kotek” bardzo chwalił – zależało mu na tym krupniku. Rodzina miała kłopot, jak to przerwać. To smutna historia”.

Dostałem odpowiedź: „To bardzo przykra opowieść. Przesmycki był wybitnym skrzypkiem. Załączam okładkę mojej książki o Gruszczyńskim, jednym z największych tenorów świata„.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s