Jak umierali wasi bliscy – ci, których teraz tak czcicie? Czy byliście tak troskliwi i „ofiarni” jak teraz, w wyprawach na groby?

W czwartkowym „Dużym Formacie” Piotr Toczyski przytacza kolejne wyniki badań. Okazuje się, że znaczny procent ankietowanych chciałby umierać w domu, w bliskim otoczeniu – może trzymanym za rękę przez kogoś z rodziny… A jak umieramy?

Właśnie – Drodzy Przyjaciele – wróciliście z cmentarzy. Święto Zmarłych jest wielkim wydarzeniem w naszej kulturze. To i dalekie wyjazdy, i – nie ukrywajmy – duże wydatki.

No to teraz przypomnijcie sobie: JAK UMIERALI wasi bliscy – ci, których teraz tak czcicie? Czy byliście tak troskliwi i „ofiarni” jak teraz, w wyprawach na groby? Wiem. Psuję Wam nastrój. 

Przed około trzydziestu laty chyba jako pierwszy w naszej publicystyce w piśmie „Jestem” napisałem felieton – tym razem nie o seksie, a właśnie o umieraniu. Wspomniałem scenę z „Chłopów” Reymonta, jak umierał Boryna. Sam pamiętam jak umierali ludzie kiedyś – na przykład moja Babka. Wtedy nie umierało się w szpitalu. Chorego, który nie rokował już nadziei na życie, brano ze szpitala do domu. By umarł we własnym łóżku. Zjeżdżała się bliższa i dalsza rodzina. I przy łóżku były dyżury – stale ktoś towarzyszył. Umierało się trzymanym za rękę przez najbliższych. 

Stało się coś strasznego w ostatnim półwieczu. Teraz umiera się w szpitalu, najczęściej gdzieś w izolacji – łazience czy brudowniku (by nie psuć nastroju chorych), w samotności. Jak nieprzytomnie – to pół biedy. A jak świadomie? Człowieka traktuje się jak wrak. Dopiero jak już umrze, to zaczyna się troska (i wydatki) – obrządki, grobowiec z lastriko… No i nieliche pieniądze dla Kościoła. 

Pisałem kiedyś, że jak bliski jedzie na wczasy, to go żegnamy, odprowadzamy, kiwamy mu na odjazd… Jak wyrusza w najważniejszą, ale i najbardziej tajemniczą – i chyba tragiczną, przerażającą – podróż, to go porzucamy. 

Kiedyś w „Wysokich Obcasach” była wielka akcja publicystyczna „Rodzić po ludzku”. Napisałem wtedy list – wydrukowali, były odpowiedzi. Zwracano uwagę, że czasy się zmieniły, że są obiektywne trudności. Fakt. Ale przecież to naprawdę najważniejszy moment w życiu i naprawdę najbardziej potrzebna jest wtedy bliskość, serdeczność. 

Ulegliśmy dehumanizacji. Straciliśmy wrażliwość. Po prostu – zchamieliśmy.

 

– – –  

Sprawa ostateczna

PROF. ANDRZEJ JACZEWSKI, WYSOKIE OBCASY nr 7, dodatek do Gazety Wyborczej nr 42, wydanie z 18 lutego 2006, str. 4 

Bardzo ładna jest akcja „Rodzić po ludzku”, ale ja pragnę poruszyć inną sprawę, rzekłbym – ostateczną. Chodzi mi o kulturę umierania. Przed pół wiekiem obrzęd umierania miał inny wymiar. Pamiętam umieranie mojej babci – zjazd rodzinny, dyżury przy łóżku, troskliwą opiekę. Na wiadomość, że ktoś w rodzinie jest w stanie terminalnym, brano urlopy, przyjeżdżano z drugiego końca kraju. Nikomu nie przyszło do głowy, by na umieranie oddawać bliskiego do szpitala. A jeżeli chory był w szpitalu, to w sytuacji beznadziejnej brano go do domu – aby odszedł w swoim łóżku, w otoczeniu bliskich i swoich gratów.

Od niewielu dziesiątków lat obserwuję zdziczenie obyczajów. Umieranie stało się czynnością wstydliwą, czymś, czego nie chce się oglądać, o czym się nie chce myśleć.

Gdy członek rodziny wyjeżdża na urlop, odprowadzamy go na dworzec, czekamy, aż pociąg odjedzie. Kiedy jednak ktoś bliski odchodzi w sposób ostateczny – odmawiamy mu poczucia bliskości, swej obecności – nie trzymamy go za rękę, pozostawiamy w szpitalu wśród obcych. W tę ostateczną podróż wysyłamy – nawet najbliższych – w sposób anonimowy, emocjonalnie zimny – powiedzmy wprost – nieludzki. A przecież to najważniejsza podróż życia – nikt nie wie dokąd i wszyscy się jej boją. Obecność bliskich mogłaby to odejście ułatwić.

Dlaczego tak się stało? Najłatwiej zrzucić winę na PRL, na quasi-komunistyczne porządki, na „materializm marksistowski”. Ale przecież kościelne śluby i pierwsze komunie nie tylko nie utraciły blasku, ale już w czasach mojej świadomości zyskały bizantyjską oprawę. Nie jest więc tak, że tylko obyczajowość PRL-owska zawiniła. Ktoś powie: małe mieszkania, kobiety pracują… Nie jest tak, by zwyczaj wyrzucania z domu umierającego wynikał z obiektywnych przyczyn.

Gdybyśmy potrafili rozdmuchać akcję na wzór „Rodzić po ludzku”, może zapanowałby obyczaj społecznego potępienia odrzucania umierających? Chodzi o to, by stworzyć obyczaj umierania w otoczeniu bliskich. A jak nie skutkują inne argumenty, pomyślmy: śmierć jest jedyną sprawiedliwą sprawą na tym świecie. Nikogo nie ominie. 

– – – 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s