O zasadniczym ogniwie przemiany materii wiemy za mało.

Drodzy Przyjaciele! (wykład wygłoszony w październiku 2013 r. na zjeździe mykologów w Petersburgu)

Na wstępie chciałbym bardzo podziękować za zaproszenie i umożliwienie mi udziału w tym sympozjum. To już trzeci raz przyjeżdżam do Petersburga i korzystam z waszej gościnności, przyjaźni, pomocy. Dzięki przypadkowi – bo kontakt nasz tak się zaczął – pod koniec swego życia, na późną starość zrealizowałem swe marzenie: zawsze chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o Dziadku Arturze, może nawet poznać Jego rosyjskie potomstwo. Przed laty, z czego jestem szczególnie dumny, w Rosji wydano tłumaczenie moich dwu książek. W przedmowie do jednej z nich pisałem, że chciałbym bardzo odnaleźć rodzinę Artura Arturowicza. Nie udało się – dziś wiem, że właściwie potomstwo Jego wyginęło w czasie wojny, oblężenia Leningradu, zawierusze wojennej. 

Trzy były powody, dla których Dziadek mój, Artur Arturowicz, był dla mnie daleką legendą – zawsze budzącą ciekawość, potem dumę. Ale daleką. Los nie sprzyjał bliskości. 

Dzielił mnie od Niego wiek. Kiedy w 1932 roku zmarł – ja miałem trzy lata. Gdybym nawet miał szansę na osobisty kontakt, to niewiele z tego bym zapamiętał. 

Drugi powód – to wczesny rozpad pierwszego małżeństwa, z którego pochodził mój ojciec, Stefan. Dziadek rozszedł się moją babką – z domu Aleksandrowicz, Polką – kiedy ojciec mój miał siedem lat. Zarówno Dziadek jak i Babka założyli później drugie rodziny – i tak się jakoś złożyło, że Dziadek został w Rosji, a ożenił się z Rosjanką. A babka po pierwszej wojnie wróciła do Polski i wyszła za mąż ponownie – akurat za Rosjanina, byłego pułkownika carskiej armii. Kontakty między tymi rodzinami praktycznie nie istniały. 

No i trzeci powód – narodowość i granica międzypaństwowa. Ojciec mój był polskim patriotą, w domu rodzinnym pielęgnowano narodowe tradycje. Dziadek pozostał (mieszkał zawsze?) w Rosji, założył rosyjską rodzinę i chyba – tak sądzę – zachował jedynie swiadomość pochodzenia polskiego. Ale rodzina była chyba całkowicie rosyjska.

To wszystko okazało się jednak – teraz, po dziesiątkach lat, w zypełnie innej Europie – bez znaczenia. Nie przeszkadza mi być szczerze dumnym z Dziadka. Piękną przygodą jest poznawanie Jego życia, jego dzieła – i wspaniałej opinii we wspomnieniach tych, którzy Go osobiście znali. Dzięki tej przygodzie zresztą poznałem Petersburg – chyba najpiękniejsze miasto Europy – i miasto to na starość pokochałem. 

Kiedy myślę o mojej rodzinie, nasuwa mi się ciekawa refleksja. Mimo dość ograniczonych kontaktów kolejne pokolenia wykazują zastanawiające podobieństwa. Dziadek był mykologiem – w rodzinie mówiło się „botanikiem”, zresztą był przecież założycielem i przez kilka lat kierownikiem ogrodu botanicznego w Genewie. Krótko mówiąc: był biologiem – zafascynowanym tą dziedziną wiedzy; był badaczem, zbieraczem, kolekcjonerem – i, co nie bez znaczenia, naukowcem, autorem licznych publikacji. 

Syn Jego, mój Ojciec – Stefan – mimo ograniczonych kontaktów ze swym ojcem wykazywał uderzające podobieństwa. Był z wykształcenia i pasji życiowej biologiem, entomologiem. Miał wielki zbiór owadów – żuków, czy – jak to zwał – chrząszczy. Jego kolekcja, którą zbierał dziesiątki lat była w tym czasie największym zbiorem w Polsce, po Jego śmierci przekazanym do Muzeum Przyrodniczego w Warszawie. Był także pedagogiem, nauczycielem biologii szkół warszawskich – cenionym i szanowanym wychowawcą. Był człowiekiem, którego po przedwczesnej śmierci (miał 54 lata kiedy zmarł) do dziś ludzie wspominają jako kogoś niezwykle życzliwego, dobrego i rzetelnego. 

Ile w tym wszystkim jest podobieństwa między Ojcem (Arturem Arturowiczem) a synem – Stefanem?! 

No i – nieskromnie – ja, Andrzej. Też zafascynowany biologią – już jako kilkunastoletni chłopak zbierałem rośliny, miałem bogaty, piękny zielnik polskich dziko rosnących roślin. Ukończyłem studia lekarskie – też przecież biologię człowieka – a po kilkudziesięciu latach praktyki lekarskiej stałem się twórcą przedmiotu: biologii człowieka dla pedagogów. Przedmiot ten nazywa się „biologiczne i medyczne podstawy rozwoju i wychowania”. Jestem autorem ponad 30 publikacji – w tym kilku tłumaczonych na języki obce (przede wszystkim dwie książki wydane po rosyjsku – z czego zawsze byłem szczególnie dumnym).

Rację chyba mają ci uczeni, którzy dopatrują się w genetycznych uwarunkowaniach zasadniczych elementów aktywności człowieka. Trzy pokolenia charakteryzujące się tak wielkimi podobieństwami – przy braku wpływów wychowania – zdają się sugerować takie właśnie genetyczne wpływy. 

Niestety, na mnie kończy się linia Jaczewskich – biologów, naukowców. Opatrzność nie zapewniła mi potomstwa – i jestem ostatnim potomkiem tej rodziny. Może szkoda? Może ten „ród” mógłby trwać ku pożytkowi bliźnich? 

Wiem zresztą, że ostatnia publikacja Artura Arturowicza była opracowana przy współautorstwie syna (z drugiego małżeństwa), też mykologa. Genetyczne uwarunkowania można więc dostrzec i w drugiej rodzinie mego Dziadka. 

Drodzy Przyjaciele! Pewnie trochę was zanudziłem swymi wywodami. Ale chciałem skorzystać z okazji. Jestem bardzo starym i pewnie już więcej takiej okazji mieć nie będę.

Ale mam do Was jeszcze inne przesłanie. Bardziej ogólne – rzekłbym „mykologiczne”. Otóż, dopiero kontakt z Wami uzmysłowił mi jak mało wiem – i ja, i „przeciętni zjadacze chleba” – o grzybach. Nie o tych „kapeluszowych”, które z apetytem zakąszamy na przyjęciach. Ale o tych niewidocznych, które przecież stanowią niezwykle istotne ogniwo przemian biologicznych. Gdyby nie grzyby – nie byłoby próchnienia drzewa, rozkładu ściółki leśnej. A co my o nich wiemy? Nic! nawet ja – przecież biolog z wykształcenia i wyboru – praktycznie nie wiem literalnie NIC! Więcej – jako lekarz praktyk wiedziałem, że są choroby „grzybice”, ale o ile o bakteriach i wirusach wiedziałem wiele – to o grzybach praktycznie nic. 

Pytałem młodych lekarzy – tak jest nadal. Przejrzałem podręczniki biologii szkół średnich – o grzybach nic! 

To straszne zaniedbanie. Dlaczego jesteście – Wy, mykolodzy – tak hermetyczni, izolowani ze swoją wiedzą? Dlaczego wiedzy o grzybach nie popularyzujecie? Dlaczego nie publikujecie materiałów popularnonaukowych dla przeciętnych inteligentów? Dlaczego nie wprowadzacie tej przecież ważnej wiedzy do programów szkolnych – no, a przede wszystkim studentom medycyny? 

Ja, który zawsze uchodziłem za więcej popularyzatora wiedzy medycznej niż uczonego, apeluję do Was: zajmijcie się popularyzacją wiedzy o tym przecież zasadniczym ogniwie przemiany materii! 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s