Niełatwo mi uwierzyć w powodowanie cudownych uzdrowień. Moje doświadczenie uczy pokory i sceptycyzmu: trudno w medycynie wyrokować, jakie są zależności przebiegu leczenia.

Dokładnie przed sześćdziesięciu laty zostałem skierowany do Gorlic. Jako absolwent Oddziału Pediatrycznego Akademii Medycznej w Warszawie organizowałem pierwszy oddział dziecięcy w gorlickim Szpitalu Powiatowym (był jubileusz, z kwiatami – a jakże!).

Trzy lata nakazu pracy w Gorlicach – to chyba najpiękniejszy okres w moim życiu. Nawet na urlop przez ten czas nie wyjechałem. Pisałem o tamtej pracy w „Książce moich wspomnień”: rzeczywistość była tak nieprawdopodobnie inna, że aż trudno uwierzyć. No, ale to było ponad pół wieku temu!

W pracy swej miałem wiele ciekawych, niekiedy wprost sensacyjnych „przypadków” (tak się mówiło o chorym…). Kilka utkwiło mi w pamięci, jeden szczególnie. Pamiętam tego pacjenta nie tylko dlatego, że dostałem od rodziny jego zdjęcie, ale także dlatego, że był opisany w „Pediatrii Polskiej” (w roku 1954 lub 1955). Dla młodego lekarza było to wielkie wydarzenie i może także dlatego dokładnie tę historię pamiętam. Pamiętam, jak chłopiec się nazywał, że miał około pięciu lat i był ze wsi Łużna w naszym powiecie. Stan chłopca przy przyjęciu na oddział był bardzo ciężki: to poszczepienne zapalenie mózgu i rdzenia kręgowego, tak zwane wstępujące typu Landriego. Paraliż obejmował kolejno nogi i mięśnie brzucha. Stan chłopca stale się pogarszał, a tego typu schorzenia w tamtych czasach w 100 proc. przypadków kończyły się zgonem.

Gdzieś kiedyś wcześniej słyszałem (nie miałem podręcznika pediatrii – bo takiego nie było!), że schorzenie to ma tło alergiczne. W tym czasie pojawił się lek ACTH, który m.in. miał działanie antyalergiczne. Podawanie tego leku wymagało jednak osłony antybiotykowej – taka była zasada. Postanowiłem zastosować ów ACTH (ryzyko było iluzoryczne), a jako osłonę zastosować świeżo pojawiający się antybiotyk – aureomycynę. No, ale żeby uzyskać antybiotyk, to wtedy ordynator szpitala pisał receptę z uzasadnieniem i wysyłał rodzinę do Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia – wtedy do Rzeszowa, bo to było wtedy województwo rzeszowskie. Podróż zajmowała dobę. Wysłałem więc ojca i – mając zresztą w dyspozycji ACTH – czekaliśmy na jego powrót.

I wtedy stała się rzecz niezwykła. Stan chłopca zaczął się poprawiać, i to dość dramatycznie. Nie podaliśmy mu już planowanego leczenia i z wielką radością obserwowaliśmy szybką poprawę z dnia na dzień. Porażenia cofały się. Po niedługim czasie chłopak na własnych nogach poszedł do domu.

Przygoda zmobilizowała mnie do opisu historii tej choroby – wysłałem doniesienie do „Pediatrii Polskiej”. Tekst został opublikowany. Na końcu doniesienia napisałem, że gdybym uzyskał wcześniej antybiotyk i zastosował owe ACTH – to opisywałbym przypadek jako niezwykle skuteczny lek na nieuleczalne wtedy schorzenie…

Filozoficzny wniosek z tej historii jest ważniejszy od opisu rzadkiej wtedy choroby. Otóż jest to widomy przykład, jak trudno w medycynie wyrokować, co jest przyczyną, a co skutkiem, i jakie są zależności przebiegu leczenia… Dziś słyszę o poszukiwaniu cudów w zakresie efektów leczenia i myślę melancholijnie, że moje doświadczenie uczy pokory i sceptycyzmu…

Nie był to jedyny przypadek, który nauczył mnie pokory i sceptycyzmu. Był jeszcze przynajmniej drugi, który zapamiętałem.

Owóż w tamtych czasach jednym z najgroźniejszych schorzeń dzieci starszych były reumatyczne zmiany zapalne serca. Wiązało się to z częstymi przewlekłymi schorzeniami ropnymi, w tym z tragicznym stanem uzębienia dzieci wiejskich.

Na oddział przyjęliśmy kilkunastoletnią dziewczynkę – też pamiętam, jak nazywała się i że pochodziła z Szymbarku. Był to przypadek tak zwanego „pancarditis”, czyli rozległych zmian zapalnych osierdzia, mięśnia sercowego i wsierdzia. Wystąpił stan niewydolności krążenia. Mimo leczenia stan ulegał pogorszeniu. W pewnym momencie wydało się oczywistym, że dziewczynka niestety musi umrzeć. Kiedy stan był już terminalny, zaproponowałem matce, by dziecko wzięła do domu. Bowiem wydawało się, że bardziej po ludzku będzie, gdy umrze w domu, wśród rodziny, niż w obcym otoczeniu szpitala. Rodzina zabrała ją do domu. Byliśmy przekonani, że dziewczynka wkrótce zmarła.

I otóż, po kilku miesiącach jechałem karetką pogotowia przez Szymbark. Pamiętam dokładnie, w którym miejscu szosy jakieś dziecko zaczęło na karetkę kiwać. Gdy zatrzymaliśmy się, dziecko podbiegło. Była to ta dziewczynka. „Szczypałem się” z niedowierzania – ale fakt! Zapytałem, kto i gdzie ją leczył. Powiedziała, że nikt. Że po powrocie do domu leżała jeszcze parę tygodni, a potem wstała i zaczęła chodzić. No i jest zdrowa.

Poszedłem do jej domu. Myślałem: może ta matka ma jakieś nadzwyczajne zioła, tak skuteczne, których medycyna nie zna? Nic błędniejszego. Było tak, jak dziewczynka powiedziała: leżała bez leczenia, czekali aż umrze. A po kilku tygodniach zaczęło jej się poprawiać – no i wyzdrowiała.

Owe dwa przypadki sprzed ponad pół wieku, z czasów, gdy byłem lekarzem praktykiem, utkwiły mi w pamięci. Niełatwo mi uwierzyć w powodowanie cudownych uzdrowień… Znam jeszcze kilka przypadków, ale już nie z mojej osobistej praktyki, a takich obserwowanych jakby z boku. I one nie upoważniają mnie do wyciągania zbyt daleko idących wniosków.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s