Okupant chciał z nas zrobić ciemną masę zdemoralizowanych prymitywnych roboli. W samej nocy okupacji udało się pielęgnować tęsknotę za piękniejszym życiem i wychowywać nas na dziś, na jutro i na pojutrze.

Był rok 1942. Trzeci rok wojny i straszliwej, nieludzkiej okupacji. Niemcy jeszcze odnosili sukcesy wojenne. Byli nad Wołgą – wydawało się, że rozbili ze szczętem Armię Czerwoną. Coraz więcej ludzi zaczynało wątpić w ostateczną klęskę hitlerowców. Pojawili się defetyści. Siebie nazywali „realistami”. Obawiali się ostatecznego zwycięstwa Niemców… Tylko nieliczni wierzyli wciąż w zwycięstwo aliantów. Pesymiści mówili – „może i Ameryka zwycięży – ale nas już nie będzie…”.

Żydów w Milanówku nie było. Przed wojną był zakaz zamieszkiwania ich w osiedlu. Z Grodziska, gdzie było ich wielkie skupisko, wygnano ich do getta. Co to było getto, wiedziano – bowiem z okien tramwaju w Warszawie widać było trupy na ulicy. Kolumny zaszczutych żydowskich robotników poganianych pejczami snuły się do pracy. Śpiewali: „Marszalek Śmigły Rydz nie kazał robić nic – a za to Hitler złoty nauczył nas roboty…”. Była już świadomość obozów koncentracyjnych. Z Dachau , a potem Auschwitz przychodziły lakoniczne zawiadomienia – „zmarł na zapalenie płuc”. Początkowo w puszce po konserwach przychodziła przesyłka z popiołem. Jedni Polacy mówili: to może i straszne, ale dobrze że ktoś za nas rozwiązuje problem Żydów w Polsce… Inni mówili: my stoimy w kolejce; jak wykończą Żydów – wezmą się do nas…

Na „Łąkach” za stacją Jedwabniczą Niemcy wymordowali Żydów tam ukrytych. I wszystkich mieszkańców willi za ich ukrywanie. Już wieczorami nie skrobali do drzwi żydowscy żebracy-dzieci. Wszystkich już żandarmi wystrzelali jak psy… Milanówek już nie miał lasku Hosera ani innych lasków starodrzewia. Nie było już drewnianych płotów – wszystko spalono.

Już milanowska inteligencja nie miała zasobów przedwojennych. Wszystko przejedli. Coraz więcej wynędzniałych staruszków dreptało na „Żabie Oczko” do willi Tura – po zupkę z RGO (Rady Głównej Opiekuńczej). Polowania na ludzi do przymusowej niewolniczej pracy były już na porządku dziennym. Witaczowie wydali już setki „lewych” zaświadczeń o pracy. Zaczęło się szerzyć zwątpienie – rozpacz i beznadzieja. Niemcy w swej perfidii obficie płacili za wszystko wódką. Pojawiły się coraz liczniejsze bimbrownie. Ludzie zaczęli uciekać w alkohol. Pili także ci, którzy nigdy przedtem nie pili alkoholu. Pić zaczęła młodzież – i dzieci… To było dno okupacji. I pesymizmu. Panowali „szmuglerzy”. Nie obowiązywała już żadna moralność, uczciwość. Liczyło się cwaniactwo – i przeżycie.

Taki był 1942 rok. Takim go zapamiętałem.

W tymże 1942 roku w lipcu organizują w RGO półkolonię dla dzieci. Wychowawcą jest absolwent nielegalnej oświaty – maturzysta Mietek Trząski. Jest kilkadziesięcioro dzieci, w tym grupka nastolatków. Trząski, przedwojenny drużynowy harcerski z Czeladzi na Śląsku, organizuje zajęcia metodą harcerską. Podoba nam się to. Ma autorytet, słuchamy go. Uczy przedwojennych harcerskich piosenek. W lasku Tura chwilami zapominamy o otaczającej nas wojnie.

18 lipca 1942 roku poleca kilku chłopcom, by po zajęciach udali się do gmachu szkoły – tzw. „folwarku”. Tam pyta nas, czy chcemy wstąpić do podziemnego harcerstwa. Jest nas kilku: Mietek Fastyn, Janek Cichocki, Zdzisław Kwiek i ja, chyba najmłodszy, Andrzej Jaczewski. Składamy przysięgę. Mnie ogarnia jakiś histeryczny śmiech – jestem wściekły, ale opanować się nie mogę… Mietek nie zwraca na to uwagi. Ustalamy pseudonimy. Mietek Trząski – „Pantera”. Mietek Fastyn – „Miecz”. Janek Cichocki – „Wilk”. Zdzisław Kwiek – ? (nie pamiętam).

Odbywają się zbiórki w domu pani Styczyńskiej, gdzie mieszka Mietek „Pantera”. Ta urocza starsza pani będzie nam pomagać, matkować do końca wojny (mnie i po wojnie, w kotle NKWD). Było nas tylko dwóch – Janek „Wilk” i ja. Pozostali odpadli, kiedy „Pantera” zażądał zezwoleń od rodziców. Zresztą – wrócili później. Przez rok odbywały się zbiórki typowo harcerskie. Zdobywaliśmy sprawności. Na sprawność „kucharza” gotowałem kapuśniak i pieczone jabłka.

Po roku, w 1943, założyliśmy zastępy. Było nas coraz więcej. Zmieniła się i nomenklatura – zastęp to patrol, zastępowy – patrolowy, przyboczny – adiutant, drużynowy – przodownik. Pewnie wtedy „Pantera” nawiązał kontakty z władzami Szarych Szeregów. Pojawiły się sprawności wyraźnie o charakterze służby pomocniczej. Pojawiło się pismo „Bądź Gotów”. Mało tego – pojawił się „Wzlot”, pismo młodzieży lotniczej (!) bogato ilustrowane (jak oni to robili?!).

Poznaliśmy swoją nową nazwę – „Zawiszacy”. Był hymn „Dziedzice spuścizny rycerskiej…”. Nie używano nazwy „harcerstwo”, była to zasada konspiracji. A „Zawisza” to było – jak całe „Szare Szeregi” – służba „na dziś”, „na jutro”, „na pojutrze”. Uczyliśmy się czytania mapy – tak zwanej setki, wojskowej mapy w skali 1:100000 – i robienia szkiców terenowych. I nie były to żarty, zabawa. Jak byłem (krótko – szczęśliwie) w wojsku, to okazało się, że znałem o wiele lepiej czytanie mapy niż moi dowódcy – oficerowie. To wiązało się z praktycznym poznawaniem okolic; mieliśmy być przewodnikami dla wojska. Uczyliśmy się alfabetu Morse’a, sygnalizacji. Alfabet pamiętam do dziś. Wygraliśmy zawody z oddziałem łączności Armii Krajowej (byli w innym pokoju). Łączność opanowaliśmy bezbłędnie. Był kurs samarytanki. Naprawdę nauczyliśmy się pierwszej pomocy – ratownictwa. Robiliśmy zastrzyki. Uczyliśmy się pielęgnacji chorych, rannych. Tak mi to się „wbiło”, że studiowałem potem medycynę. Ćwiczyliśmy umiejętności potrzebne do pracy w wywiadzie – tropienie, obserwowanie, zapamiętywanie… Wszystko robiliśmy bardzo serio. Nic z łatwizny, pozorów. Czego uczyliśmy się – to naprawdę.

Mieliśmy i zadania „na dziś”. Zapamiętałem tłuczenie emaliowanych tablic z nazwami ulic i numerami domów. Było to niewątpliwe utrudnienie dla okupanta. Gdyby nocą gestapo szukało kogoś w leśnym osiedlu, miałoby problemy. A warkot samochodu (tylko okupant miał samochody) mógłby być ostrzeżeniem i poszukiwany zdążyłby zniknąć.

Przy tym zdobywano stopnie harcerskie. Wymagania były bardzo duże i poza „wywiadowcę” chyba nikt nie wyszedł… No i Prawo Harcerskie. Bardzo serio stawiał nam „Pantera” – a my naszym druhom – wymagania. Obowiązywała codzienna gimnastyka poranna, mycie rano całego ciała zimną wodą, codzienny „dobry uczynek”. Prowadziliśmy dzienniczki z odnotowywaniem wykonanych zadań. Mówiło się o kształtowaniu charakteru, wyrabianiu silnej woli, zaradności , odporności na przeciwieństwa i trudy. Wszystko to było bardzo „na serio” – żadnej taryfy ulgowej, żadnego odstępstwa. Wymagano od nas także dobrej nauki. „Pantera” zachęcał do nauki niemieckiego: „język wroga trzeba znać”. Jednocześnie były i akcje trochę dziwne – ale „patriotyczne”. Nie wolno było używać wyrazów pochodzenia niemieckiego! A więc „strug” – nie hebel, „zdzierak” – nie raszpla. „Wyziorek” – nie oberluft, „podomka” – nie szlafrok…

To nasze harcerstwo było bardzo „Bogo-ojczyźniane”: na początek zbiórki krąg i modlitwa, na koniec też. W niedzielę na godzinę dziewiątą msza i stać trzeba przed ołtarzem a nie na chórze ani pod drzwiami.

Pod koniec wojny mieliśmy już przedsmak wojska. Pokazano nam pistolet parabellum i jakiegoś małego sauera (kaliber 6). Chyba i stena – już nie pomnę. Uczono, jak się obchodzić z bronią, jak ją konserwować. Pełniliśmy służbę pomocniczą, byliśmy gońcami. Kiedy „Pionier” (Zabłocki) stoczył potyczkę z patrolem żandarmów i zginęło tam dwu harcerzy z Batalionów Szturmowych, moi harcerze, dla niepoznaki ci najmniejsi, poszli przetrząsnąć poległym kieszenie, by nic się nie dostało w ręce wroga…

Osiedle obsmarowywaliśmy napisami. U nas nie było Niemców – obszerne zalesione posesje były wspaniałym terenem, by się ukryć w razie potrzeby. Pisaliśmy co nam kazano… „V–Cassino”, ale i „PPR – pożoga i zgliszcza” czy „Partia Pachołków Rosjan”. Nikt nie wiedział („Pantera” chyba też…) cóż to jest ten PPR.

Przed Powstaniem Warszawskim moją drużynę skierowano na pocztę. Tam od personelu uczyliśmy się obsługiwać urząd. W razie mobilizacji panowie z poczty mieli iść na front  (wszyscy byli AK-owcami), a my mieliśmy obsługiwać pocztę.

Kiedy po Powstaniu przestała docierać do nas prasa podziemna, wydawaliśmy pismo – „Zawiszaka”. Wyszły trzy numery. Czwarty był przygotowany, ale zaskoczył nas przetoczony front i koniec tej okupacji. Pismo rozsyłaliśmy do okolicznych ugrupowań harcerskich. Kolportowaliśmy też pismo wydawane przez dorosłych „Tu mówi Londyn” – były to relacje z nasłuchów radiowych.

Organizacyjnie bardzo się rozwinęliśmy. Były trzy drużyny („oddziały”) a także patrole w okolicy: w Józefowie (tym od cukrowni), Pszczelinie i Grodzisku. W tym ostatnim był patrol mojej drużyny, „Diabły” Genka Sokołowskiego. Ich używaliśmy do prac półjawnych w Milanówku, bo ich nikt ich u nas nie znał. Zresztą byli bardzo mali, dziecinni z wyglądu (i rudzi).

Pod koniec okupacji konspiracja zaczęła lekko szwankować. Był kurs rekrucki i kurs młodszych dowódców z podręcznikiem „PDP” (szczyt marzeń!). Był kurs zastępowych a nawet przedstawienie – jasełka. Tekst, bardzo patriotyczny (gorzej z rymami), napisała nam nauczycielka polskiego na kompletach – pani Froelichowa. Już nie wiem, kto był publicznością.

„Pantera” studiował farmację. To odbiło się na naszej specjalizacji, najlepiej opanowaliśmy „samarytankę”. On miał praktyki w aptece w Żyrardowie. Tam też zorganizował drużynę „Zawiszaków”, ale o tym dowiedzieliśmy się po wojnie.

Ilu nas było? Trudno ustalić i trudno dziś sporządzić listę członków. Kiedyś, wiele lat temu (trzydzieści?), dostarczyłem to, co pamiętałem, do Komisji Historycznej Głównej Komendy ZHP. Pewnie tam jest do tej pory. Próbowaliśmy oszacować i wydaje się, że bez przesady można zakładać, iż przez „Zawiszę” w Milanówku i okolicy przewinęło się 70-80 chłopaków. Może i więcej?

Po Powstaniu w Milanówku zaroiło się od wypędzonych Warszawiaków. W tym małym osiedlu było chwilami kilkadziesiąt tysięcy bezdomnych. Były i ewakuowane szpitale, i ewakuowany dom dziecka imienia księdza Baudouina. Mieliśmy wtedy pełne ręce roboty. Nosiliśmy rannych i chorych, pomagaliśmy wszystkim potrzebującym jak umieliśmy. Poszukiwaliśmy warszawskich harcerzy: jak napotkało się chłopaka w naszym wieku, to gwizdało się melodię naszego pół-hymnu „Hej chłopcy – bagnet na broń!”. Tak nawiązaliśmy kontakty, do mojej drużyny przybyło kilku Warszawiaków. Byli oni z reguły bardzo aktywnymi i sprawnymi druhami. Pomagaliśmy im nawiązać kontakt z nauką – tajnymi kompletami. Czasem potrzebna była i pomoc materialna, ubranie, kąt do spania…

Prawdopodobnie (teraz to wiemy) poza „Panterą” harcerstwem zajmował się nauczyciel, przedwojenny drużynowy – Wacław Wdowiak „Las”. Chyba miał swoją grupę. Czy od początku okupacji? Możliwe, ale tego nie wiem. Tu akurat była dobra konspiracja: chłopcy Jego byli starsi, z upływem lat – dorośli. Oni chyba zasilili szeregi Grup Szturmowych AK. Część jego młodszych chłopców dołączyła do nas w 1944 roku.

Jaka była zasługa naszych „Szarych Szeregów”? Ktoś powiedział, że cała konspiracja i ruch oporu nie przyspieszył końca wojny o sekundę (zdaje się, że to Stalin…). To jaka była nasza działalność? Często konkretna, wymierna. Ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim to było naprawdę wspaniałe  w y c h o w y w a n i e !  Prawda, że okoliczności sprzyjały: chłopcy w okresie dojrzewania niezwykle chętnie „działają naprawdę”. A takie było działanie w „Zawiszy”. To nie była zabawa. Była świadomość zagrożenia i duma z udziału w ruchu oporu.

Co by było, gdyby Mietek Trząski „Pantera” nie zorganizował „Zawiszy” w Milanówku? na pewno wielu z chłopaków by się zdemoralizowało, zdegenerowało. Bo okoliczności były nadzwyczaj niesprzyjające. Dopiero z upływem czasu klęska Niemców stawała się oczywistą. Ale przecież i wtedy nie brakło grup bandyckich, rozbojów. Demoralizacja „pukała do drzwi”. „Pantera” ze swoimi żelaznymi zasadami etycznymi odegrał w naszym życiu zasadniczą rolę. Jeżeli po wojnie w Milanówku nastąpiła „eksplozja” prawdziwego harcerstwa – to był odległy efekt Jego pracy. Stanowił wzór osobowy, który narzucał nam twarde zasady. W samej nocy okupacji pielęgnował tęsknotę za piękniejszym życiem. To nie do przecenienia!

Mówi się i pisze o ruchu oporu. O partyzantce, o batalionach Grup Szturmowych, o bohaterach Powstania Warszawskiego. To wszystko prawda. Tylko że znacznie ważniejsza była działalność wychowawcza  p r z e c i w  zamysłom okupanta, by z nas zrobić ciemną masę zdemoralizowanych prymitywnych roboli. I te działania nielegalnej oświaty, działania harcerstwa – w tym „Zawiszaków” – były bardzo przeciw zamysłom okupanta. Jakże mniej spektakularne i ciągle jeszcze niedoceniane są te działania.

*

Mieczysław Trząski „Pantera” (na zdjęciu z lewej) będzie 21 czerwca 2013 roku obchodzić swoje 91 urodziny.

Szerzej, bardziej historycznie i kronikarsko o harcerstwie w Milanówku pisał w książce „Harcerstwo Polskie w Milanówku” zmarły w lutym tego roku Marian Hassa „Orzeł” (książka wydana własnym sumptem przez Autora – wyd. Towarzystwo Miłośników Milanówka, 2001). 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s