Premier rozumuje jak wiceminister w PRL: pedagogiki i edukacji nie ma na liście priorytetów, bo efekty będą za lata. Ale chamowaty bełkot przez telefon w miejscach publicznych ma już dzisiaj.

Tak na starość nakłoniono mnie do wyprawy do Warszawy. Miasto bardzo mi się nie podoba, za wyjątkiem mojego kochanego Żoliborza – choć jest zadbane (dużo zieleni może się podobać). Ale te korki komunikacyjne… Dno!

Mam kilka refleksji. Już pomijam to, co od lat mnie wnerwia, czyli budynek Wydziału Pedagogicznego UW. Ja rozumiem, że pedagogika w naszym społeczeństwie – jak i edukacja – zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Na liście premiera to chyba nawet nie ostatnie, ale żadne: nie przypominam sobie, by zabierał głos i mieszał się jakkolwiek w sprawy edukacji. Pewnie myśli tak, jak kiedyś wiceminister zdrowia w PRL. Poszedłem do niego, żeby podjąć działania profilaktyczne w sprawie AIDS – bo na Zachodzie już był, a u nas jeszcze nie. A on powiedział: „Ten AIDS dojdzie do nas, jak ja już dawno nie będę ministrem. Nie wydam na to ani grosza!”. Analogicznie premier: efekty edukacji będą za lata – „a wtedy już nikt nie będzie pamiętał, że byłem premierem”! Dowód, że tak jest, to żałosna bidotka (minister edukacji…), której zepchnął ten resort.

No więc budynek Wydziału Pedagogicznego UW jest kompromitujący! To hańba dla całej Uczelni. Nie ma  p r y w a t n e j  szkoły, która byłaby tak nędzna! Chyba nie ma i szkoły średniej w Warszawie, która miałaby gorsze warunki lokalowe. Dno.

Ale mam i przyjemniejsze doświadczenia. Zauważyłem, że dość powszechnie ludzie otaczają życzliwością starców. Pomagają wsiąść, wysiąść, ustępują miejsc siedzącym: no, czułem się jakoś „pod opieką” – że znajomych to oczywiste, ale i obcych. Nie wiem, czy to jest powszechne odczucie staruszków – ale ja tak odebrałem swoją sytuację.

Mam też złe doświadczenia z wyprawy do Warszawy: rozmowy przez telefony komórkowe w przedziałach kolejowych i innych miejscach publicznych. Jak tylko pojawiły się – wówczas nieliczne – komórki, to rozmowy w miejscach publicznych wywoływały agresję. Biedacy, których nie było stać na komórki, patrzyli wilkiem na (fakt, że przeważnie mało sympatycznych) posiadaczy. Ci jakby się obnosili ze swym bogactwem, wyposażeniem. Potem nastał czas subtelności: z przedziału wychodziło się na korytarz, rozmawiało cicho, tak by nikogo nie urazić. To była piękna epoka. Teraz znów jest chamowate gadanie w miejscach publicznych, nawet w przedziale, i to po kilka osób naraz! Rozumiem, że czasem trzeba coś załatwić (umówić spotkanie na dworcu, zamowić taxi), ale niestety toczą się także idiotyczne bezsensowne pogawędki, flirty, jakiś bełkot. Poza tym, że to antypatyczne, to – jak mi mówią młodzi – są przecież SMS-y i coś ważnego można załatwić na przykład w ten sposób! Dlaczego nie? (No i jest jeszcze zwyczaj, że zaraz po zajęciu miejsca w przedziale wyciąga się laptopa i zaczyna działać. Ale to nie absorbuje współpodróżnych, nikomu nie szkodzi. No, niech sobie…).

Na pewno taki wyjazd umacnia w jednym przekonaniu: dobrze na starość wyjechać z wielkiego miasta! Uwaga młodzi: taki wyjazd trzeba szykować długie lata. Pomyślcie już teraz o tym, by zacząć „wić sobie gniazdko” na starość – słuchajcie doświadczonych!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s