Mija 200 lat od narodzin Ryszarda Wagnera. Lubił Polskę, ale był ulubionym kompozytorem Hitlera. Wagnerowskie opery w trakcie wojny grano idącym do komór gazowych. Po wojnie w Izraelu opery bojkotowano, a w PRL wycinano z nich… seks.

Otrzymałem od mojego byłego harcerza – a teraz młodego przyjaciela – książkę, jego dzieło. Bardzo się wzruszyłem, tyle że… z książki niewiele zrozumiałem. Jest bardzo trudna w lekturze. Tytuł: „Jak mit jednoczy Europę” (wyd. Collegium Civitas Press, 2013) a autor to dr Piotr Toczyski. 

W książce autor wspomina kilkakrotnie o Ryszardzie Wagnerze – który jak wiadomo był mitami zafascynowany. Poza jego koronnym dziełem – „Pierścieniem Nibelunga” – do mitologii nawiązuje i w „Tannhäuserze”, i w „Lohengrinie”, w „Parsifalu” i w „Tristanie i Izoldzie”. Tyle że raczej nawiązuje do mitologii germańskiej (nie tylko!) a autor książki do mitu króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołu. 

No ale przy okazji sięgnęliśmy po nagrania Wagnera, odświeżyłem sobie pamięć – i kolejno odkryłem „perełki”. A także wywiązała się mała dyskusja. 

Kim był Wagner? Dlaczego jego dzieła po II wojnie światowej były (i czy były wszędzie?) bojkotowane? Fakt, że po wojnie wokół Wagnera była (co pamiętam) taka dwuznacznie nieżyczliwa atmosfera. A było tak, bo akurat Wagner – Bogu ducha winien – był ulubionym kompozytorem Hitlera. I muzyka jego – zwłaszcza ta tryumfalna, bojowa, głośna – była ulubioną dekoracją hitlerowskich jubli. „Cwał Walkirii” słyszeli także idący na śmierć do komór gazowych więźniowie obozów, a grała orkiestra złożona także z więźniów. 

To się fatalnie kojarzyło. Tylko co winien akurat kompozytor, który nie żył już od kilkudziesięciu lat, a hitleryzmu nawet nie mógł przewidzieć? (urodzony 200 lat temu: 22 maja 1813 w Lipsku; zmarł w 1883 roku w Wenecji). 

A do nas, Polaków, Wagner był usposobiony wyjątkowo życzliwie. Uczestniczył w przyjmowaniu uchodźców – kombatantów, jak byśmy dziś powiedzieli – którzy przez Saksonię wędrowali do Francji po Powstaniu Listopadowym. Więcej: o czym mało kto wie, napisał utwór pod tytułem „Polonia”!

Czy był po wojnie bojkotowany? Nie wiem tego na pewno. W Warszawie, jeszcze kiedy opera była w lokalu kina „Roma”, wystawiali „Lohengrina”. Potem, w odbudowanej Operze Narodowej był „Tannhäuser” (wiem, bo chodziłem na prawie wszystkie przedstawienia) i „Holender Tułacz”. Ten ostatni był bajkowo pieknie wystawiony. Widziałem tę operę w Kolonii i z dumą stwierdzałem, że się „nie umywała” do warszawskiej. Była i tetralogia – „Pierścień Nibelunga” – wystawiana też wspaniale, ze znacznym udziałem sił zagranicznych. 

Tak więc u nas Wagner chyba nie był bojkotowany. Ale w Izraelu – tak! Żydzi mają może więcej powodów do sceptycyzmu niż na przykład my, bo Wagner napisał kiedyś dziełko wyraźnie antysemickie o roli Żydów w kulturze… No i ten Hitler! 

Jednak przed nie tak wielu laty w telewizji pokazywali incydent z Izraela. Miał być koncert inauguracyjny sezonu w filharmonii. Dyrygował Zubin Mehta. Wszedł na podium i pokłonił się wiwatującym – a publiczność była bardzo świąteczna – fraki, biżuteria… Odczekał oklaski i oświadczył: zmiana programu. Jako pierwszy utwór uwertura do „Tristana i Izoldy” Wagnera. Zagrzmiało, zahuczało. Jedni klaskali z entuzjazmem, inni głośno protestowali. Zaczęła się szarpanina na widowni. Gwałtownie protestujących usiłowano wyprowadzić z sali. Dyrygent stał z kamienną twarzą i czekał. Kiedy już pozostali w sali tylko entuzjaści, koncert się zaczął. I zaczęła się epoka Wagnera w Izraelu. 

Osobiste życie Wagnera też obfitowało w mało chlubne wydarzenia. Był postacią barwną – przyjaźnił się z dość dziwacznym królem Bawarii, Ludwikiem. A łączyła ich między innymi chyba miłość do mitologii. Ludwik sponsorował teatr w Bayreuth, w którym wystawiają tylko dzieła Wagnera. Byłem tam raz, w czasie letniego festiwalu. O bilecie nie było mowy – wyprzedane kilka lat (!) wcześniej. Ale teatr zwiedziłem… no cóż, wobec naszej wspaniałej opery mizerniutki… 

A skoro o Wagnerze tak plotkuję (tylko tyle mogę, bom nie fachowiec), to jeszcze dwa drobiazgi. Otóż w moim ulubionym przedstawieniu „Tannhäusera” w Warszawie, w pierwszej części był taki epizod baletowy z jaskini Wenus: pląsała para tancerzy i na proscenium tancerz (chyba przebrany za łabędzia) układa dziewczynę na ziemi, po czym… kładzie się na niej w jednoznacznej pozie i wykonuje kilka ruchow frykcyjnych. No, jak na PRL to było dość odważne. Ale potem na każdym kolejnym przedstawieniu owa scenka stawała się coraz krótsza, aż pozostała tylko taka mini-figura, nawet nie kojarząca się z kopulowaniem… Pewnie zadziałała cenzura. Tylko dlaczego tak stopniowo, po trochu? 

I druga refleksja. Otóż w „Holendrze Tułaczu” jest identyczna scena jak w „Strasznym Dworze”. Siedzą dziewczyny przy kołowrotku czy haftowaniu, a starucha je pogania i ruga. Skoro taka sama scena jest i w „Strasznym Dworze”, to zastanawiałem się: kto od kogo sciągnął? No i jednak chyba Moniuszko od Wagnera, bowiem „Straszny Dwór” powstał w latach 1861-64 a „Holender Tułacz” w roku 1843. 

A skąd to wiem? I tu ostatnia na dziś plotka: jest takie niesamowite dzieło Piotra Kamińskiego: „Tysiąc i jedna opera” (wyd. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 2008). Tego autora – szefa muzycznego Radio France Internationale – miałem okazję poznać jeszcze przed laty jako studenta w Warszawie. To jego dzieło jest czymś nadzwyczajnym: w głowie się nie mieści, jak jeden człowiek – i to pewnie dość przecież obciążony pracą zawodową – mógł zebrać  T A K I  materiał. Powiedziało by się: „benedyktyńskie dzieło”. Ale… chyba i benedyktyn jeden, sam, nie dałby rady stworzyć takiego dzieła. Niesamowite! 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s