Kiedyś profesorowie protegowali kandydatów na studia w poczuciu odpowiedzialności za to, kogo kształcą. Jak daleko zaszliśmy?

Mój wpis w blogu na temat wzajemnego zaufania studentów i profesorów chyba „otworzył puszkę Pandory”… Przykro mi po lekturze komentarzy. Chyba rzeczywiście jest palący problem – i autorytetu kadry nauczającej, i postaw studentów. Przypomniało mi się wiele faktów z dalszej i bliższej przeszłości. Chyba komentatorzy mają rację: sprawa jest poważna. Nie na miarę blogu. 

Z dawnej przeszłości przypomniało mi się, jaki autorytet mieli kiedyś profesorowie. Studia zacząłem w roku 1947 na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie był wtedy Wydział Lekarski. I pamiętam jak zostałem studentem… Dziekan, profesor Antoni Dobrzański znał nauczycielkę z Milanówka (gdzie mieszkałem) – panią Wandę Leciejewicz. Zapytał ją, czy ktoś z jej uczniów nie stara się o przyjęcie na jego wydział – ktoś, kto jest wart przyjęcia. Nauczycielka wskazała mnie; uczyła mnie kilka lat. Wtedy profesor Dobrzański polecił, bym w określonym terminie zjawił się u niego w domu. 

Przyjął mnie herbatą i „petit berami” i przez godzinę ze mną rozmawiał. Pytał dlaczego chcę studiować, jakie mam doświadczenia np z „samarytanki” w harcerstwie, jak sobie wyobrażam studia i potem pracę. Rozmowa wypadła dla mnie pozytywnie i pożegnał mnie słowami: „Będę pana protegował, ale niech mnie pan nie skompromituje”

Pierwsze dwa lata studiów nie szły mi najlepiej… Wiele było przyczyn, ale to inna sprawa. Po kilku miesiącach sekretarka dziekanatu przekazała mi polecenie, bym zgłosił się do Dziekana. Oczywiście uczyniłem to, a On zapytał: „Proszę pana – ja pana protegowałem, a słyszę że pan marnie się uczy. Jakie są tego powody? Czy trzeba panu jakiejś pomocy? Czy pan zdaje sobie sprawę, że mnie kompromituje?”

Wyobrażam sobie, by Jemu lub innym profesorom z tego pokolenia ktoś zaofiarował jakąś wartość materialną! Brrr. To było nie do pomyślenia! 

Ktoś powie, że była to działalność kumoterska, kolesiowska. Nie! To było prawdziwe poczucie odpowiedzialności za to, kogo się kształci jako medyka. Wiem, że wielu moich kolegów podobnie trafiło na studia. Czasem nawet opowiadaliśmy sobie, kogo kto protegował. 

Mam takie zdjęcie grona profesorów Wydziału z tych lat. Wszyscy Oni budzili szacunek. Była to niewątpliwa elita. 

Cała degrengolada zaczęła się później, w miarę narastania stalinizacji. Niektórych profesorów aresztowali i, jak profesora Mariana Grzybowskiego, zamordowali na Rakowieckiej. Innych stopniowo eliminowano i wprowadzano „miernych ale wiernych”. Pamiętam moją ostatnią wizytę u ówczesnego prorektora Akademii Medycznej. Brrr… Ten pan to była ponura kreatura, cham bez ogłady, kłamca i kanciarz… Po tej wizycie odszedłem z Akademii Medycznej na Uniwersytet Warszawski. Tam przynajmniej kadry nauczającej nie znałem… 

Dziś – prawda – znane są przypadki wyjazdów na wschód z portfelem pełnym dolarów i powrót z habilitacją… 

Nie dziwią więc gorzkie słowa krytyki. Daleko żeśmy zaszli… 

Wszystko to nie problemy na moją miarę. Żałuję, że poruszyłem problem. I za to przepraszam. Pozostaję ze wspomnieniami   M O I C H   P R O F E S O R ó W. I przykro mi, że Wy, młodzi, takich wspomnień nie będziecie (chyba?) mieć…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s