Problemy księży oskarżonych o pedofilię: Kościół ofiarą braku edukacji seksualnej?

Kiedy w Ameryce „wybuchła” sprawa afer pedofilnych, sądziłem, że potęga Kościoła katolickiego i Watykanu nie dopuści do większego skandalu. Myliłem się – i nie bardzo rozumiem jak do tego doszło. Inne afery, np. złodziejstwa „Komisji Majątkowej”, uchodziły latami bezkarnie – i nie było mocnych, by je ukrócić…

Kościół katolicki niewątpliwie wpadł we własne sieci. To właśnie tu istnieje obsesyjna wprost fobia dotycząca seksualności. To właśnie ten Kościół z problemów etyki (ale nie tylko) seksualnej uczynił centralny punkt swego nauczania i działania. Ktoś wrogo usposobiony mógłby powiedzieć że Kościół katolicki sam „zapracował” na aferę pedofilną.

Każde szerzej obserwowane zjawisko społeczne zasługuje przede wszystko na uczciwą, obiektywną ocenę. W omawianej kwestii o taką ocenę trudno – trudno o wiarygodne opracowania naukowe. Kościół i jego funkcjonariusze podlegają bardzo ścisłej izolacji, badania naukowe w tym środowisku obiektywne są właściwie niemożliwe. Być może istnieją badania własne Watykanu czy terenowych instytucji Kościelnych. Jeżeli nawet takie istnieją, to wyniki tych badań nie przedostaną się do powszechnej wiadomości. Na to liczyć nie można.

Ogłoszone ostatnio opracowanie niemieckich psychologów i psychiatrów jest niewątpliwie próbą naukowego badania problemu. Dobrze że pojawiły się choć takie próby, których reprezentatywność, obiektywizm i wielkość materiału są ułomne (por. „Raport nt. księży winnych molestowania: Większość nie miała skłonności pedofilskich” – http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,13012666,Raport_nt__ksiezy_winnych_molestowania__Wiekszosc.html ).

Próbuje się ocenić zakres, wielkość, częstość zjawiska. Już tego wprost nie sposób dokonać. Można pokusić się o przyczynkowe rozważania nad omawianym zjawiskiem.

Czy skłonności pedofilne pośród księży są częstsze niż w całej populacji, a zwłaszcza w populacji ludzi związanych zawodowo lub społecznie z dziećmi? Nie można tego wykluczyć – choć wydaje się że są powody dla których problem wśród księży jest szczególnie nagłaśniany. Podstawowym zagadnieniem jest rola celibatu. Trzeba pamiętać, że do seminariów duchownych – instytucji o wyjątkowym reżimie i totalnym oddziaływaniu – trafiają młodzi, niedojrzali w większości chłopcy. Oczywiście jest możliwe, że w grupie tej jest nadreprezentacja osób nie planujących normalnego życia rodzinnego – z jakichś powodów psychologiczno-seksualnych. Jednakże przez to, co się z nimi dzieje, reżim „wychowawczy” może pogłębiać lub krystalizować dziwne upodobania erotyczne. Bo erotyki – mimo nawet terroru i izolacji, młody chłopak wyzbyć się nie może. Celibat wyklucza normalne życie seksualne a także rodzinne. Decyduje o izolacji, o samotności której nic nie jest w stanie pokonać.

Celibat to nie tylko obiektywny brak życia rodzinnego. To także model zachowania przyjęty przez parafialną tradycję. Bywają środowiska które po cichu i nieformalnie akceptują naruszanie celibatu. Jest ich jednak niewiele (chyba ? – nikt nie liczył…). W typowej społeczności parafialnej od duchownego oczekuje się albo abstynencji seksualnej, albo co najmniej dochowywania kompletnej tajemnicy. W tych warunkach może zdarzać się, że nie mając rozwiązanego problemu rozładowania napięcia seksualnego – normalnego i typowego dla zdrowych młodych mężczyzn – sięga się po różne, w tym niekiedy dziwaczne formy aktywności. Pół biedy kiedy popęd rozładowywany jest przy pomocy masturbacji (też nie akceptowanej przez „naukę” Kościoła). Forma ta, u osób o bujniejszej psychice, domaga się jednak podbudowy wyobrażeniowej. A, jak wiadomo, w wyobrażeniach nie obowiązują żadne ograniczenia.

Mówiąc wprost, młody duchowny podlegający celibatowi poddany jest wewnętrznemu naciskowi, który chyba (jak często ? kto to wie ?…) niekiedy stanowi o konflikcie motywacyjnym. Mając zakaz zbliżania się do dojrzałych kobiet – a utrzymując kontakt z młodzieżą i dziećmi (katecheza) – u niektórych księży rozwijać się może niepożądane ukierunkowanie zainteresowań erotycznych. Bo jest tak, że związek z dorosłą kobietą może podlegać negatywnej ocenie – a bliskie kontakty z młodymi dziewczętami i wprost dziećmi jest akceptowany i odbierany (zazwyczaj chyba?) jako pozytywne oddziaływanie wychowawcze i opiekuńcze. Nawet bliskich i zażyłych kontaktów z nieletnimi księdzu nikt nie zabrania, a wręcz przeciwnie, jest to oceniane pozytywnie.

Obok więc przypadków, kiedy to do seminarium idzie niedojrzały chłopak z patologicznymi zainteresowaniami, skłonności pedofilne mogą pojawiać się jako jakby zastępcze, bo jedynie dostępne.

Wśród księży oskarżanych o pedofilię występuje niewątpliwie nadreprezentacja skłonności (czy działań) homoseksualnych. Tu – poza tymi, którzy mieli wrodzone predyspozycje, i dlatego poszli do seminarium, nie planują założenia heteroseksualnej rodziny, jawi się możliwość zastępczej aktywności. Jeden katolicki ksiądz powiedział mi kiedyś: między nami nie ma szczególnie wielu gejow. Jeżeli księża wiążą się z chłopcami to dlatego, że takie związki są akceptowane społecznie, a wyjątkowo łatwe i dostępne jest środowisko ministrantów. Przeczyłoby to teorii o wrodzonej determinacji określającej kierunek popędu. Pamiętać trzeba, że w sytuacjach szczególnych aktywność homoseksualna – jako jedynie możliwa – występuje w znacznej nadreprezentacji. Mówimy tu nie tylko o powyższym, ale i o więzieniach, izolacji w czasie długich rejsów, służbie wojskowej.

Cała jednak afera pedofilna w odniesieniu do księży, w większym stopniu niż w innych środowiskach budzi moje wątpliwości.

Po pierwsze – definicja „molestowania”. Kontakt dwu osób, nawet jeżeli jedna jest dorosłym, druga dzieckiem – jeżeli jest serdeczny, przyjazny, obfituje w bliskie fizyczne zbliżenia. Serdeczność, pieszczoty są dzieciom potrzebne. Wprost konieczne do prawidłowego rozwoju emocjonalnego. Są dzieci, które owego ciepła w swych rodzinach nie zaznają. Dzieci te poszukują ciepła, pieszczot i same inspirują takie sytuacje. Nie ma w tym nie tylko nic złego, a spełnienie ich oczekiwań przez osoby dorosłe przez dziecko wybrane stwarza im pewien komfort emocjonalny. Dystans, niechęć (z obawy o pomówienie?) ze strony dorosłego oznacza dla dziecka bolesne odczucie odrzucenia. Jeżeli więc kontakt fizyczny (pieszczoty) nie ma charakteru jednoznacznie seksualnego, jest potrzebny i celowy. Histeria, jaka panuje w Ameryce, owocuje całkowitym zaniechaniem kontaktu fizycznego. To fatalnie – w ten sposób dzieci nie uszczęśliwimy. Słynne są zalecenia publikowane dla pedagogów amerykańskich, które determinują zimny, na dystans system wychowania.

Nie wystarczy więc sformułowanie: „molestowanie”. W każdym przypadku powinno się dokładnie ustalić na czym polegał kontakt fizyczny. Pieszczoty w postaci przytulania, głaskania a nawet całowania nie powinny być potępiane. W Polsce na razie owa histeria jeszcze nie przekroczyła w znacznym stopniu zdrowego rozsądku, ale przypominam sobie opisywany w prasie przypadek księdza, który małe dziewuszki głaskał pod koszulkami… Dziewczynki te ustawiały się w kolejkę do tych pieszczot – i bardzo się z nich cieszyły. Czy było to przestępstwo – jak sugerowano? Jestem przekonany, że nie.

Drugim problemem jest wiek obiektów – już nie dzieci. Istnieje pojęcie efebofilii – i w znacznym stopniu osoby podlegające „molestowaniu” to już nie dzieci a młodzież. Istnieje zjawisko akceleracji rozwoju. Granica 15 lat ochrony „dzieci” pochodzi z 1932 roku. W wieku 15 lat – około 1/3 młodzieży ma już za sobą inicjację seksualną (mowa tu o pełnym stosunku płciowym). Obecnie wiele piętnastolatek czy piętnastolatków – to osoby biologicznie dorosłe. Poziom wiedzy o seksie – niestety ten pochodzący z chaotycznego przekazu mass mediów a nie planowej edukacji – jest bardzo wysoki. Karanie więzieniem za „molestowanie” takich osobników jest bez sensu. Kto i jak ma jednak określić z jakim przypadkiem mamy do czynienia? Jest to sprawa bardzo trudna i wymagająca znajomości tematyki i wiele zdrowego rozsądku.

Kolejnym problemem jest dobrowolność poddawania się „molestowaniu”. Ministrant – „napastowany” przez księdza ma prosty sposób – może unikać z nim kontaktu. Jeżeli chodzi mimo – jak by się wydawało – zdrożnego traktowania do księdza na plebanię, jeżeli taki związek trwa dłuższy czas, niekiedy latami – to jestem przekonany, że wina księdza jest ograniczona lub wprost wątpliwa. Oczywiście – może być różnie. Bywają przypadki obrzydliwe, kiedy to ksiądz po kontaktach czysto i niewątpliwie seksualnych dokonuje… rozgrzeszenia. Albo usiłuje umówić się na spotkanie w czasie spowiedzi, orientując się że ma do czynienia z młodą osobą jakoś tam podatną. Są to jednak chyba, mam nadzieję, przypadki rzadkie – jak by się mogło wydawać, bo tak naprawdę zakresu tak głębokiej demoralizacji księży ocenić nie sposób.

Sprzeciw i odrazę budzi wszelki stosowany przymus. Nawet do pozornie łagodnych form kontaktu jak dotyk, głaskanie nikt nie może być zmuszany. Tu szczególny sprzeciw budzi jakiekolwiek „molestowanie” dzieci w sierocińcach, internatach, zakładach opiekuńczych prowadzonych przez osoby duchowne. Tu zakres ostrego karania powinien obejmować nawet pozornie niewinne „zaloty”, jeżeli wychowankowie tego nie akceptują. Tu molestowanie może być nawet tylko werbalne – i jest w sposób oczywisty niedopuszczalne.

W Ameryce osoby skarżące duchownych otrzymują znaczące sumy odszkodowań. Takie postępowanie władz budzi moją wątpliwość. Już pomijam sprawę „estetyki” takich odszkodowań – ma to jakoś taki podtekst prostytucyjny… Ale jest i inny znacznie groźniejszy problem: wysokie „odszkodowania” mogą stać się – i jestem przekonany: są często – motywem oskarżania. Nie szkoda psychologiczna, nie drastyczność wspomnień, a właśnie chęć zarobku. Stwarza to szansę na grube nadużycia.

Żal mi głęboko księży oskarżanych przez dorosłych, którzy po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach podlegają oskarżeniu którego celem jest wzbogacenie się. Bo jest tu absolutna nierówność szans. Jest to chyba jedyny wypadek, kiedy to wystarczy oskarżenie (no, może nie jednej osoby pokrzywdzonej), by nastąpiło skazanie. Jak oskarżony ma udowodnić, że czynu przestępczego n i e  b y ł o ?! Jaką ma szansę obrony? W Polsce ciągle jeszcze duchowni katoliccy korzystają z nieformalnych przywilejów. I odszkodowania są niskie (nieopłacalne…), i wyroki niezwykle łagodne. Ale wszystko to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, z opóżnieniem co prawda i powoli, dociera do nas. Tak jak kiedyś przykład Związku Radzieckiego był obowiązującym kanonem – tak powoływanie się na przykład USA staje się wzorcem obowiązującym. I to budzi moją zgrozę…

A tak na koniec moich wywodów.

Problem byłby mniejszy, gdyby w wychowaniu dzieci i młodzieży stosowano znane metody profilaktyki. Ochrona dzieci (a przecież o to chodzi, a nie o pogrążanie duchownych) polega – jak wiadomo na mądrej i w porę stosowanej edukacji seksualnej (uświadomienia seksualnego) oraz nauce i wpojeniu umiejętności asertywności. Ale chyba właśnie środowiska ortodoksyjnych katolików skutecznie temu przeciwdziałają.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s